poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział pierwszy

Gdy byłam mała, moja ciocia często mi mówiła, że jestem bardzo podobna do taty. Wręcz twierdziła, że jestem jego idealną kopią. Ten same blond włosy, które odbijały promienie słoneczne. Miejscami miałam kasztanowe odrosty, które po kilku miesiącach przybierały złotą barwę. Oczy były duże oraz piękne. Błękitne tęczówki, które miały kolor spokojnego morza o wschodzie słońca. Zawsze, gdy się uśmiechałam, twierdziła, że widzi ósmy cud świata. Nosek prosty, mały z ledwie widocznymi piegami, które z wiekiem zniknęły w jakiś tajemniczy sposób. Buzia okrąglutka, dodająca uroku. Uwielbiała mnie szczypać po policzkach, kiedy podjadałam ciastka, chociaż dobrze wiedziałam, że nie mogę ich jeść z powodu mojego uczulenia na cynamon. Nie powodowały u mnie żadnego spuchnięcia skóry, ani wysypki, bo posiadały małe ilości tej przyprawy, ale jakbym zjadła całe pudełko, wtedy pojawiłby się prawdziwy problem. Usta miałam pełne, w kolorze dojrzałej maliny, które pasowały do mojej rumianej cery. To byłam cała ja.
Zmieniło się to dwa lata temu, gdy moja kochana ciocia Diana, odeszła z tego świata z powodu przegranej walki z rakiem trzustki. Ona była dla mnie wszystkim: mamą, przyjaciółką, autorytetem. Zapewniła mi udane dzieciństwo, rodzicielską miłość, szczęśliwe życie...
Lecz to, co teraz przechodzę to istny horror. Wcześniej mieszkałam w schludnym, małym mieszkaniu, w którym mieścił się mój mikroskopijny, ale przytulny pokoik. A nowe mieszkanko było obszerne, ale wszędzie rozchodził się paskudny zapach papierosów, alkoholu z domieszką stęchlizny. Mały schowek pod schodami służy mi za sypialnię. Jest tam stare łóżko, kilka półek oraz żarówka zwisająca ze sufitu. Nie mogłam spać, bo co chwila moja matka kłóciła się z ojczymem lub urządzała huczne imprezy.
Właśnie ... moja mama to starsza siostra cioci Diany. Całkowicie różni się od mojej byłej opiekunki. Jest wulgarna, chodzi wiecznie zła na cały świat, a przede wszystkim wyznała mi po pijaku, że jestem największym błędem w jej życiu i stwierdziła, że była bardzo głupia, gdy przespała się z moim ojcem. Wiecie, słyszeć to z ust własnej matki to jak wbić nóż w plecy.
Wiem, że mieszkałam z moją mamą przez rok, aż w końcu nie wytrzymała ze mną i zostawiła mnie u cioci, a sama wyjechała z jakimś obleśnym typkiem. Przez te wszystkie lata żyłam w przekona, że Diana jest moim rodzicem. Prawda wyszła na jaw, gdy chodziłam do dziewiątej klasy. Matka przyjechała mnie odwiedzić po trzynastu latach, ale to był tylko pretekst, żeby pożyczyć od cioci pieniądze. Dotąd sądziłam, że ciocia Gloria to osoba pracująca, nie mająca czasu. A tu nagle takie Bum, bo ciocia Gloria to moja mama!
Gdy oglądałam zdjęcia rodzinne to zawsze rzucały mi się w oczy fotografie dwóch uśmiechniętych dziewczynek z kasztanowymi kitkami ubranymi w identyczne różowe sukienki. Nigdy bym nie przypuszczała, że jedna z tych uroczych dzieci wyrośnie na taką dziwną osobę. Mama miała czarne, długie włosy, które zawsze miała związane w kucyka. Oczy są koloru brązowego, a w nich nie ma ani krzty radości tylko wieczne zmęczenie życiem. Skórę ma bladą, zęby ma uszkodzone przez nadmierne palenie. Czasami smród alkoholu jest silniejszy niż jej waniliowa perfuma. Do tego za żadne skarby nie chce rzucać palenia, ani alkoholu, ani narkotyków.
Robert jest najbardziej obleśnym typem faceta, jakiegokolwiek widziałam. Ciągle siedzi w tych samych śmierdzących kalesonach oraz ubrudzonym podkoszulku, który kiedyś był biały. Bywa bardzo agresywny. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy kilka razy mnie uderzył, gdy przez przypadek wyłączyłam
mu telewizor, kiedy prawie spał. Później notorycznie zaczął używać wobec mnie przemocy, gdy był pijany i musiał się na kimś wyżyć. W takich sytuacjach zamykałam się w pokoju albo wracałam do domu o późnej porze. Strasznie się go bałam, bo nikt nigdy nie podniósł ręki na mnie. Miałam dużo siniaków, zadrapań, skaleczeń oraz trochę głębszych ran na ciele. Schudłam na wadze, obniżyłam się w nauce, byłam chodzącym kłębkiem nerwów, nie mogłam normalnie funkcjonować. Żyłam w strachu. W strachu, że on kiedyś uderzy mnie tak mocno, że stracę przytomność lub nawet życie. Albo zrobi coś o wiele gorszego.
Mama o niczym nie wie, bo nigdy nie była świadkiem tego aktu przemocy. Poza tym Robert mnie szantażował, że gdyby naszła mnie chęć zdradzenia jego ataków, to powiedział, zastrzeli ją oraz ludzi, którzy wchodzą mu w drogę.
Dlatego też w dniu trzydziestego maja postanowiłam uciec z domu. Miałam wszystko dokładnie zaplanowane. Zamierzałam nocować w starym domku na drzewie na działce cioci. Miałam się tam dostać jadąc pociągiem z Nowego Yorku do małej miejscowości nieopodal. Byłam tam kilka razy w tym miesiącu, żeby zawieść tam ciuchy. Nie chciałam, przecież wzbudzać podejrzeń nastoletniej dziewczyny z wielkimi walizkami.
Miałam sporo oszczędności oraz spadek po cioci. Więc mogłam spokojnie przeżyć wakacje oraz znacznie dłużej. Nie zamierzałam wracać do matki, bo sprawiałam im spory problem, nie chciałam też na nich skarżyć, bo nie wiadomo jakby się to skończyło.
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy byłam mała czasami sprawiałam magiczne wyczyny. Na przykład, gdy zorganizowałam moje ósme urodziny i nadeszła najbardziej oczekiwana chwila - czyli zdmuchniecie świeczek. Wtedy przez przypadek zdmuchnęłam tort na ciocie. Albo wtedy, gdy były organizowane zawody w pływaniu to, gdy weszłam do wody (jako pierwsza) wyłoniły się z niej jakby pioruny. Z wiekiem coraz częściej mi się to zdarza. Ostatnio było to trzy miesiące temu, gdy przez przypadkowo poraziłam prądem Roberta, że trafił do szpitala na miesiąc.
W końcu mogłam się przespać. Marzyłam o tym od dłuższego czasu, ale zdołałam tego uczynić przez stresujący pobyt w tym byłym piekle. Przede mną nowe życie...
Nawet nie zauważyła, kiedy dopadł mnie sen.





- Ja nie posiadam dzieci. - odpowiedziałem pewnie. Po chwili się zawahałem. Nie przypominam sobie, żebym spłodził potomka.
- Siedemnaście lat temu wdałeś się w romans z Glorią Evendly. Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się o jej ciąży. Obserwowaliśmy ją przez kilka miesięcy, ale stwierdziliśmy, że dziecko nie może być twoje, ponieważ nie przypominało ciebie. Poza tym potencjalnym kandydatem okazał się Dominic Smith, ponieważ miała z nim romans będąc z Tobą.
- Cóż za podłość! - zezłościłem się.
- Ty nie byłeś lepszy. - Fury podniósł brew. - Zostawiłeś ją bez słowa.
- Czy ty obserwujesz każdy mój ruch?
- Wracając do twojej córki... Przestaliśmy obserwować dom Evendly, gdy twoja pociecha miała kilka miesięcy. Zainteresowaliśmy się nią niecałe trzy miesiące, gdy Robert Francis w jednym wywiadzie twierdził, że jego pasierbica posiada moce władania prądem. Zaczęłyśmy ją obserwować. Nie zauważyliśmy niczego nadzwyczajnego. Oprócz tego, że ten mężczyzna znęcał się nad dziewczynką przemocą fizyczną...
Wkurzyłem się.
Z tego co wiem T.A.R.C.A ma pomagać ludziom, a nie patrzeć na ich cierpienie.
- Dlaczego jej nie pomożecie? - zirytowałem się.
- Wszystko ci wytłumaczę tylko ochłoń. - powiedział poważnie.
 Po kilku wdechach byłem opanowany.
- Mów dalej. - rozkazałem.
- Otóż porównaliśmy DNA twoje i Angel...
- Angel to ta dziewczynka? - zaciekawiłem się.
- Tak. Więc - zaczął wyjaśniać poprzedni wątek. - porównaliśmy wasze DNA i wyszło, że jesteście w stu procentach ze sobą spokrewnieni.
Zamilkł. Dał mi czas na przemyślenie.
Ależ o czym mogłem myśleć! Mam córkę! Jestem ojcem. To była pierwsza myśl. Ta radość z tego, że jestem rodzicem... po chwili uświadomiłem sobie, że nie wiem jak wygląda, zaniedbywałem ją przez całe jej życie i nie obroniłem jej przez tym draniem.
- Pokaż mi ją! - sumienie przejęło nade mną władzę. - Przynajmniej jej zdjęcie.
Fury odpalił ten dziwny telewizorek i ukazało mi się fotografia szesnastoletniej dziewczyny. Oczywiście uznałem ją za najpiękniejszą dziewczynę, ponieważ jest moim dzieckiem. Te piękne oczy, złociste włosy oraz nos, który odziedziczyła po Odynie.
- Gdzie ona jest? - spytałem się Nicka. Chciałem jak najszybciej przywalić Robertowi.
- Słuchaj. - zaczął - Mamy też inny problem. Jakieś kilka dni temu coś naruszyło wymiary pomiędzy Ziemią a Asgardem. Ustaliliśmy, że to miecz, który z niezwykłą szybkością porusza się po naszej planecie, jakby ktoś go wzywał jak ty wzywasz ten swój młotek. Musisz uspokoić tą broń, bo ona w końcu kogoś przeszyje. - oznajmił.
- Powiedz mi, gdzie ona jest. - czułem jak budynkiem T.A.R.C.Y pojawiają się burzliwe chmury.
- Dziewczyna uciekła z domu. Ale spokojnie, zaraz... - nie usłyszałem co powiedział, bo zrobiłem w suficie ogromną dziurę oraz poleciałem najszybciej jak mogłem. Ten miecz był bardzo niebezpieczny dla mojej córki...



O innych bohaterach Avengers napisze w kolejnych rozdziałach :)

sobota, 23 maja 2015

Prolog

Stukałem rytmicznie palcami o blat wielkiego, okrągłego stołu przy, który odbywały się narady. Trochę się za nimi stęskniłem, ale wolałem, żeby odbyła się dzisiaj ona jak najszybciej, bo miałem na głowie ważną uroczystość. Wiecie, nie każdego dnia będzie się odbywać koronacja na króla Asgardu.
W sali byłem tylko ja. Najwidoczniej Fury poinformował innych tak samo późno jak mnie.
Pomieszczenie było ogromne. Ściany miały kolor beżowy, parkiet był zrobiony z modrzewiowego drewna, na podłodze leżał wielki, puszysty czekoladowy dywan.Z sufitu zwisały dwa wielkie żyrandole.
Najbardziej spektakularny był widok z okien, które zajmowały całą ścianę. Siedziba TARCZY znajduje się w środku samego lasu. Pięknego lasu. Dalej można zobaczyć pas niekończących się gór z białymi szczytami oraz błękitne niebo bez żadnej chmurki. Przez szyby nie widać tylko majestatyczne krajobrazy, ale też poligon ćwiczeniowy dla agentów. Właśnie odbywał się trening.
Nagle drzwi z hukiem się otwarły i wszedł w samej osobie Tony Stark w swojej złoto-czerwonej zbroi. Spodziewałem się go trochę później. Widocznie, on też myślał, że zastał tutaj wszystkich i zrobi wielkie wrażenie wchodząc tutaj. Jakże musiał się zdziwić, gdy tylko mnie ujrzał.
- Gdybyśmy w takim tępię ratowali świat, to pewnie dawno by go już ni było. - uśmiechnął się.
- Też cię miło widzieć, Stark. - powiedziałem z sarkazmem.
- Widzę, że nawet bóg jest w stanie użyć ironii. - uśmiechnął się. - Lecz nie każdy może opanować jej do perfekcji.
Za Tonym do pomieszczenia weszła rudowłosa Pepper. Wyglądała ona młodziej niż zazwyczaj. Jej włosy były lekko potargane przez wiatr, gdy leciała ze swim chłopakiem. Miała na sobie białą bluzkę z krótkim rękawem, koszulę w jasno zieloną i błękitną kratkę, jeansowe spodenki oraz czarne conversy. Makijaż był bardzo delikatny, ale bardzo dopasowany.
Jak przystało na dżentelmena, Stark odsunął swojej dziewczynie krzesło, żeby mogła usiąść. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Ale Pepper go wytresowała!
- Witaj Thorze. - usiadła naprzeciwko mnie. - Jak tam sprawy w Asgardzie?
- Dobrze. Panuje tam ład i porządek.
- Chyba wtedy, kiedy cię tam nie ma. - zażartował Iron Man.
- Tony! - wkurzyła się Potts.
- Widzę, że wszystko jest po staremu. - uśmiechnęła się agentka Natasza. Ona tak samo jak Virgina zmieniła się nie do poznania. Zapuściła swoje włosy do ramion, zaczęła bardziej dbać o swój makijaż i biżuterię do tego stała się bardziej kobieca. Miała na sobie czerwono krwistą sukienkę do połowy ud z z małym dekoltem. Do tego czarne szpilki o wysokim obcasie. Iron Mane'owi aż procesy spaliło z wrażenie, oczywiście w przenośni.
- Jak ty się tu pojawiłaś? - zastanawiał się Pepper. Nie słyszeliśmy, przecież jak otwierała i zamykała drzwi.
- Weszłam tym samym wejściem co Nick. - oznajmiła.
Wszyscy spojrzeliśmy na dyrektora TARCZY. Wyglądał dokładnie tak samo jak go zapamiętałem. Wysokiego mężczyznę w czarnym kombinezonie i z opaską na oku.
- Zaczekajmy jeszcze na Rogersa i możemy zacząć spotkanie. - powiedział spokojnie Fury.
- A co z moim ulubionym zielonym wybrykiem natury i Robin Hoodem? - zaciekawił się Stark.
- Sokole Oko zajmuje się rodziną. Nie chcemy go wplątywać w kolejną misję, a Hulk zaczyna nowe życie, gdzieś na Filipinach. - wytłumaczył. - Za to wy zyskacie nowych członków drużyny.
- Jakich? - zaciekawiłem się.
- Wszystko wam opowiem, gdy przyjdzie Steve. - odparł Nick.
Podobnie jak reszta drużyny byłem bardzo zaciekawiony, kim oni są, jak wyglądają, jakie zdolności posiadają, ale z drugiej strony żałuje, że nie ma z nami Bartona i Bunnera.
Wtedy z wielkim hukiem, drzwi się otworzyły, a nam ukazał się Kapitan Ameryka w swojej zbroi z wypolerowaną, lśniącą tarczą. Co jak co, ale to on zrobił najlepsze wejście.
Wyglądał inaczej.
Jego chód był pewniejszy. Oczy lustrowały wszystkich obecnych na sali, a w szczególności Starka. Był bardziej radosny. Pasowało to do niego.
- Zaczynamy spotkanie. - zarządził szef TARCZY. - Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy już tak młodzi ja dawniej. Ale jeszcze, aż tak starzy, żeby przejść na emeryturę. Otóż, wymyśliłem grupę pod nazwą Young Avengers.
- A po co my ci jesteśmy do tego? - nie za bardzo rozumiałem to.
- Chciałbym stworzyć grupę młodych bohaterów, którzy w przyszłości mogliby was zastąpić.
- Nadal nie opowiedziałeś na moje pytanie.
- Thorze, wezwałem was tu, aby za proponować stworzenie tej grupy...
- Dobra Profesorku, masz moją - popatrzył na wszystkich- naszą zgodę. Mogłeś do nas zadzwonić, a nie zwoływać jakieś spotkania. - po czym spojrzał na mnie.- Do nie mogłeś napisać list albo wysłać sowę z wiadomością lub inne ptaszysko.
- Tony - zaczął - źle mnie zrozumiałeś. Chciałem, żebyście wy wzięli pod swoje skrzydła uczniów.
- Tak. - zrobił głupią minę.
- W takim razie masz już kogoś na myśli? - powiedział, dotąd milczący Kapitan.
- Powiedźmy, że mam prawie dla każdego ucznia. Nie wiem czy Tony jest wystarczająco odpowiedni do roli mentora.
- Nie mam ochoty niańczyć kolejnego dziecka. - uśmiechnęła się Virgina.
- Skarbie, my nie mamy dzieci. - powiedział jej chłopak. -Ale mamy wolny wieczór, więc prze dyskutujemy sprawę wspólnych dzieci.
Nie wiedziałem czy Stark żartuję czy tez nie.
- No, a jak mówimy już o dzieciach... - Fury spojrzał na mnie. - Muszę ci coś pokazać. To jaką wtedy podejmiesz decyzję będzie należało do ciebie. Powiem tylko, że nie masz wyboru, bo od tego zależy przyszłość Young Avengers.
- A kto powiedział, że my się zgadzamy? - zdziwiła się Natasza.
- Nie macie innego wyjścia. - oznajmił. - Thor, chodź za mną.
Wyszliśmy z pomieszczenia zostawiając osłupiałych Mścicieli. Szliśmy w milczeniu.
Weszliśmy do zwykłego białego pokoju, w którym było tylko biurko, fotel i komputer.
- Thor, nie wiem czy pamiętasz, ale masz córkę...


I jak wam się podoba początek?