Hej :)
Przepraszam, że mnie tak długo nie było :/. Zamierzam to nadrobić ;D. Rozdział piąty pojawi się w tym lub następnym tygodniu ;D
Zagłada jest blisko...
wtorek, 29 marca 2016
piątek, 26 czerwca 2015
Rozdział czwarty
- Cześć. Dodzwoniłeś się przystojnego Tonego Starka. Niestety nie ma przy telefonie, ponieważ ratuję świat ze swoimi ziomkami lub jestem na ważnym posiedzeniu. Jeśli masz coś ważnego mi do przekazania, proszę nagraj się po trzecim sygnale. - słyszałem te jego powiedzenie już po raz dziesiąty w tym dniu. To o wiele za dużo jak na dwadzieścia cztery godziny. Poza tym straciłem już całą cierpliwość. - Stark! Do cholery! Twoja uczennica zaginęła jakieś pięć godzin temu, a nasze kamery, wskazują na to, że nie ma jej w Twoim domu. Jeśli czegokolwiek nie zrobisz z tym faktem to dziewczyna może umrzeć! Nie wiadomo jakie niebezpieczeństwo na nią czyha! Od Ciebie zależy bezpieczeństwo Młodej!
Wyobraźcie sobie, że spotykacie Waszego największego idola.
Tak właśnie się czułam, gdy ujrzałam Kapitana Amerykę. We własnej osobie. Stał przede mną, Z jakieś dwa metry. Mogłam wręcz poczuć jego zapach. Wyobrażałam sobie, że pachnie wodą kolońską o zapachu z rodem z lat czterdziestych oraz czymś metalicznym. A tu taka niespodzianka! Zajeżdżał spalinami, rumiankiem oraz mokrym psem. Dziwna mieszanka.
Do tego jak walczył z jednym z jednym ze złodziei przybrał ten swój charakterystyczny grymas. Podniósł delikatnie górną wargę, która mu delikatnie drżała, jakby zamierzał pogryźć kostkę lodu. Brwi mu nasunęły się na oczy przez co sprawiał wrażenie złego, co było prawdą, bo rzucił swoim przeciwnikiem w kubeł na śmieci.
Gdy już było po wszystkim Kapitan podszedł do mnie. Miał zniesmaczoną minę, a po jego postawie ciała mogłam wnioskować, że nie był za bardzo zadowolony.
- Co ty odstawiłaś? - wrzasnął na mnie. Nikt nigdy nie podniósł w mojej obecności takiego tonu i do tego skierowanego do mojej osoby. Co gorsza Kapitan uważa, że ta akcja była bezsensowna. - Po co to robiłaś? Mogłaś zginąć!
- Ale ja chciałam pomóc...
- Narażając na to swoje życie oraz innych ludzi! - zdenerwował się na całego. Po chwili przybrał poważną minę. - Prawdziwy bohater tak by nie postąpił.
Spuściłam głowę. Było mi wstyd spojrzeć w oczy Kapitanowi.
Czułam, że jestem bliska płaczu, ale powstrzymywałam to w sobie, żeby nie wyjść na małą dziewczynkę.
- To co zrobiłaś było całkowicie bezmyślne, ryzykowne, nie posiadałaś dobrego planu, ani odpowiedniej broni, nie wspominając już o przewidywalnej taktyce walki oraz nie docenienia swojego przeciwnika. - powiedział. - Jesteś zbyt szczupła. Masz nieodpowiedni strój. Zero doświadczenia. Ale... rwiesz się do walki, walczysz o swoje. Jesteś niesamowicie postrzelona, żeby tak ryzykować. Dla swojej racji, żeby udowodnić, że ty też coś potrafisz i doskonale się do tego nadajesz, mimo, że inni w to wątpią. Ty masz w sobie niezwykłą siłę, odwagę, determinację oraz dobro. Dlatego, też zostaniesz moją uczennicą.
Podniosłam głowę. Spojrzałam na Kapitana. Uśmiechał się do mnie łagodnie.
Po chwili położył swoją prawą dłoń na moim barku.
- Wiesz, przypominasz mi, mnie w młodości. Byłem tak samo głupi jak ty i rwałem się, żeby stanąć w obronie ojczyzny. Chociaż inni w to wątpili, bo nie pasowałem tam. A później stałem się Kapitanem Ameryką. - uśmiechnął się. - Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem. Nie chciałem, żebyś była przez to smutna.
- Nic się nie stało. - powiedziałam. - Jesteś moim nauczycielem, więc powinnam cię słuchać.
- Tak. Ale nauczyciel jest od tego by czegoś nauczyć, a nie potępić. A na samym starcie mam u ciebie minusa za niechwalenia całkiem udanego planu, ale jego wykonanie było troszeczkę gorsze.
- Spokojnie Kapitanie. Ja jeszcze pokaże klasę.
- A powiedz mi jak się nazywasz. - zmienił temat.
- Mam ci zdradzić tożsamość przyszłej Kapitanki Ameryki? No chyba śnisz! Mam na imię Alice
- No, to zaczynamy od jutra trening.
- Tak! - krzyknęłam. - Będziemy razem przezwyciężać zło! - ucieszyłam się. Po chwili złapałam się za brzuch. Strasznie mnie bolał. Upadłam na ziemię.
- Alice! Nic ci nie jest? - przeraził się mój mistrz. - Alice!
Ostatnie co widziałam to rozmazaną postać Kapitana Ameryki. Fajnie, że przynajmniej go spotkałam przed...
Było bardzo zimno.
Na niebie już dawno pojawił się srebrny księżyc wraz z małymi, migoczącymi gwiazdkami. To była jedna z najpiękniejszych nocy jakie w życiu widziałam. Chciałabym ją podziwiać, aż do rana, ale był jeden mały haczyk...
Otóż jakieś kilka godzin temu zaatakował mnie jakiś wściekły bóg ze swoimi śmierdzącymi stworami, które chciały mnie zabić. Do tego Thor - ta blondynka z młotem do ubijania mięsa, twierdzi, że jestem jego córką. To jest jeden z najbardziej zwariowanych dni w moim życiu.
Mogło być gorzej? Mylicie się.
Wyskoczyłam z pociągu, który jechał z niewiarygodnie szybką prędkością. Jetem w lesie. W nocy. Jedzenie mi się kończy, nie mówiąc już o piciu. Komórka mi padła. Moje ubrania są podarte. Na ciele mam liczne rany. I nie wiem w ogóle, w którym kierunku mam iść.
Na szczęście nie jestem sama. Jest ze mną Ethan, który zna ten las, ale w nocy to zupełne inne miejsce.
Najbardziej bałam się, że coś nas zaatakuję ....
Właśnie to wykrakałam,...
Przepraszam, że taki krótki.
Wyobraźcie sobie, że spotykacie Waszego największego idola.
Tak właśnie się czułam, gdy ujrzałam Kapitana Amerykę. We własnej osobie. Stał przede mną, Z jakieś dwa metry. Mogłam wręcz poczuć jego zapach. Wyobrażałam sobie, że pachnie wodą kolońską o zapachu z rodem z lat czterdziestych oraz czymś metalicznym. A tu taka niespodzianka! Zajeżdżał spalinami, rumiankiem oraz mokrym psem. Dziwna mieszanka.
Do tego jak walczył z jednym z jednym ze złodziei przybrał ten swój charakterystyczny grymas. Podniósł delikatnie górną wargę, która mu delikatnie drżała, jakby zamierzał pogryźć kostkę lodu. Brwi mu nasunęły się na oczy przez co sprawiał wrażenie złego, co było prawdą, bo rzucił swoim przeciwnikiem w kubeł na śmieci.
Gdy już było po wszystkim Kapitan podszedł do mnie. Miał zniesmaczoną minę, a po jego postawie ciała mogłam wnioskować, że nie był za bardzo zadowolony.
- Co ty odstawiłaś? - wrzasnął na mnie. Nikt nigdy nie podniósł w mojej obecności takiego tonu i do tego skierowanego do mojej osoby. Co gorsza Kapitan uważa, że ta akcja była bezsensowna. - Po co to robiłaś? Mogłaś zginąć!
- Ale ja chciałam pomóc...
- Narażając na to swoje życie oraz innych ludzi! - zdenerwował się na całego. Po chwili przybrał poważną minę. - Prawdziwy bohater tak by nie postąpił.
Spuściłam głowę. Było mi wstyd spojrzeć w oczy Kapitanowi.
Czułam, że jestem bliska płaczu, ale powstrzymywałam to w sobie, żeby nie wyjść na małą dziewczynkę.
- To co zrobiłaś było całkowicie bezmyślne, ryzykowne, nie posiadałaś dobrego planu, ani odpowiedniej broni, nie wspominając już o przewidywalnej taktyce walki oraz nie docenienia swojego przeciwnika. - powiedział. - Jesteś zbyt szczupła. Masz nieodpowiedni strój. Zero doświadczenia. Ale... rwiesz się do walki, walczysz o swoje. Jesteś niesamowicie postrzelona, żeby tak ryzykować. Dla swojej racji, żeby udowodnić, że ty też coś potrafisz i doskonale się do tego nadajesz, mimo, że inni w to wątpią. Ty masz w sobie niezwykłą siłę, odwagę, determinację oraz dobro. Dlatego, też zostaniesz moją uczennicą.
Podniosłam głowę. Spojrzałam na Kapitana. Uśmiechał się do mnie łagodnie.
Po chwili położył swoją prawą dłoń na moim barku.
- Wiesz, przypominasz mi, mnie w młodości. Byłem tak samo głupi jak ty i rwałem się, żeby stanąć w obronie ojczyzny. Chociaż inni w to wątpili, bo nie pasowałem tam. A później stałem się Kapitanem Ameryką. - uśmiechnął się. - Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem. Nie chciałem, żebyś była przez to smutna.
- Nic się nie stało. - powiedziałam. - Jesteś moim nauczycielem, więc powinnam cię słuchać.
- Tak. Ale nauczyciel jest od tego by czegoś nauczyć, a nie potępić. A na samym starcie mam u ciebie minusa za niechwalenia całkiem udanego planu, ale jego wykonanie było troszeczkę gorsze.
- Spokojnie Kapitanie. Ja jeszcze pokaże klasę.
- A powiedz mi jak się nazywasz. - zmienił temat.
- Mam ci zdradzić tożsamość przyszłej Kapitanki Ameryki? No chyba śnisz! Mam na imię Alice
- No, to zaczynamy od jutra trening.
- Tak! - krzyknęłam. - Będziemy razem przezwyciężać zło! - ucieszyłam się. Po chwili złapałam się za brzuch. Strasznie mnie bolał. Upadłam na ziemię.
- Alice! Nic ci nie jest? - przeraził się mój mistrz. - Alice!
Ostatnie co widziałam to rozmazaną postać Kapitana Ameryki. Fajnie, że przynajmniej go spotkałam przed...
Było bardzo zimno.
Na niebie już dawno pojawił się srebrny księżyc wraz z małymi, migoczącymi gwiazdkami. To była jedna z najpiękniejszych nocy jakie w życiu widziałam. Chciałabym ją podziwiać, aż do rana, ale był jeden mały haczyk...
Otóż jakieś kilka godzin temu zaatakował mnie jakiś wściekły bóg ze swoimi śmierdzącymi stworami, które chciały mnie zabić. Do tego Thor - ta blondynka z młotem do ubijania mięsa, twierdzi, że jestem jego córką. To jest jeden z najbardziej zwariowanych dni w moim życiu.
Mogło być gorzej? Mylicie się.
Wyskoczyłam z pociągu, który jechał z niewiarygodnie szybką prędkością. Jetem w lesie. W nocy. Jedzenie mi się kończy, nie mówiąc już o piciu. Komórka mi padła. Moje ubrania są podarte. Na ciele mam liczne rany. I nie wiem w ogóle, w którym kierunku mam iść.
Na szczęście nie jestem sama. Jest ze mną Ethan, który zna ten las, ale w nocy to zupełne inne miejsce.
Najbardziej bałam się, że coś nas zaatakuję ....
Właśnie to wykrakałam,...
Przepraszam, że taki krótki.
sobota, 6 czerwca 2015
piątek, 5 czerwca 2015
Rozdział trzeci ,,Będzie wysokim, wysportowanym młodzieńcem."
Słońce
rzucało swoje promienie na wielki stół. Zbroja Starka połyskiwała
swoimi krzykliwymi kolorami. Tony się zbyt tym nie przeją, ponieważ
prowadził zaciekłą dyskusję z Pepper, żeby ją przekonać do
wzięcia ucznia. Natasza spokojnie sobie siedziała na fotelu, gdzie
nie sięgało światło. Jakoś nie było po niej widać, że
przejmuję się tym planem Furego. Nogi miała na blacie, a całą
swoją uwagę skupiła, żeby idealnie wyrównać paznokcie.
Czy
tylko ja miałem wątpliwości co do tego? Przecież to oznacza, że
weźmiemy odpowiedzialność za małoletnie osoby, które mogą mieć
różne problemy. Nastolatek zawsze się buntuję i pewnie będzie
stwarzać masę kłopotów np. będzie uciekał, pyskował, nie
słuchał itp. Co ja wtedy zrobię?
Trudniejszym
wyzwaniem wydaję mi się to, że wezmę pod skrzydła zupełnie inne
pokolenie młodzieży niż takie, które mężnie walczyło o
wolność. Ta współczesna młodzież nie jest tak bardzo dojrzała.
Nie szanuję wartości, za które kiedyś ich pradziadkowie walczyli
i umierali. Zapominają, że są Amerykanami, a kierują się modą
europejską, azjatycką. Tak bardzo chcą się do nich upodobnić,
nie pamiętają kim są. Wiedzą wszystko o jakiejś kulturze,
zwyczajach, znają historię, uczą się języków... nie jestem temu
przeciwny. Ale, żeby nie kojarzyć najważniejszych dat w historii
naszego pięknego kraju to po prostu wstyd. Niestety jednym z
najważniejszych czynników skąd oni tacy są to czerpanie wzoru ze
swoich rodziców, prasy, telewizji oraz gwiazd kina. Dlatego to ja
nauczę mojego przyszłego ucznia tych ważnych wartości, które z
wiekiem zanikają. Nauczę go, żeby został prawdziwym patriotą,
chrześcijaninem oraz osobą odważną.
-Rogers!
- krzyknął Stark.
-Tak?
-No w
końcu się odezwałeś. - odetchnął z ironią Iron Man. - Pytam
się ciebie po raz trzeci:,, Jak sobie wyobrażasz swojego ucznia?”.
Zastanowiłem
się przez chwilę. Zadał bardzo dobre pytanie. Skoro, więc
wybierał sam Nick odpowiednich kandydatów na naszych podopiecznych
to wyobrażałem sobie go tak:
-Pewnie
będzie miał z siedemnaście, osiemnaście lat. - zacząłem. -
Będzie wysokim, wysportowanym młodzieńcem. Myślę, że będzie
miał za sobą trening jak ci tutaj agenci T.A.R.C.Z.Y. Lub
przynajmniej osiągnął wysoki wynik w zawodach sportowych. Zapewne
dobrze będzie obmyślał strategie bojowe oraz obsługiwał się
pojazdami i bronią. Fajnie by było, żeby był młodym geniuszem...
-Przepraszam
– pomachał do mnie Tony – to ja przejmuję tego inteligentnego.
Zapomniałeś. - podniósł brew. - Mój uczeń dostanie w spadku po
mnie moją firmę oraz wszystkie plany.
Po
chwili dodał:
-No,
chyba, że spodziewam się w najbliższej przyszłości dzieci, wtedy
to zmienia postać rzeczy. - spojrzał znacząco na swoją
dziewczynę. Ta tylko teatralnie przewróciła oczyma.
Naszą
dyskusję przerwał wchodzący do sali Nick Fury.
-Gdzie
zgubiłeś naszego, kochanego blondaska? - zaciekawił się Tony. -
Przestraszył się własnego ucznia. - szef T.A.R.C.Z.Y spojrzał na
niego spod byka.
-Skoro
jesteś tak bardzo ciekaw to ci opowiem. - wyglądał na
zdenerwowanego. Usta ułożyły mu się w grymasie, w oku pojawił
się gniew. Natomiast Starku nie zrobiło to żadnego wrażenia. W
końcu Nick zaczerpnął powietrza i zaczął mówić: - Thor się
dowiedział, że jest ojcem.
Zapadła
cisza.
Iron
Man nie spodziewał się takiej informacji, więc po chwili przybrał
skruszoną minę.
-Poleciał
jej poszukać. Niestety został zaatakowany przez potwory z innego
wymiaru... Poza tym na wolności jest jego brat Loki, który
najwyraźniej też chce odnaleźć swoją bratanicę.
-Musimy
mu pomóc. - oznajmiłem. Po czym chwyciłem tarczę i ruszyłem w
kierunku drzwi, ale Fury mi zagrodził przejście.
-Nie
martw się. - powiedział – Wysłałem moich najlepszych agentów.
Na pewno mu pomogą. Poza tym to jest sprawa rodzinna, więc nie
sądzę, żeby Thor okazywał litość swojemu bratu, dlatego, że
chce porwać jego córkę.
Wszyscy
potwierdzili to przytaknięciem głowy.
-Teraz
wróćmy do waszych uczniów. - spojrzał na Czarną Wdowę. - Twój
podopieczny czeka na ciebie na padoku treningowym.
Natasza
tylko się uśmiechnęła, po czym w tajemniczy sposób zniknęła.
-Kapitanie,
twoja uczennica znajduję się w Nowy Yorku. - powiedział. - Spakuj
się się, bo za godzinę wyjeżdżasz do swojego nowego domu.
Osłupiałem.
Będę
miał uczennicę zamiast ucznia. Przecież czego ja będę jej uczył?
Jak prawidłowo używać szminki? Myślałem, że Fury sobie ze mnie
kpi, ale po jego wyrazie twarzy przekonałem się, że mówi prawdę.
Do tego mam się przeprowadzić? Dlaczego? Po co? Tyle pytań, a tak
mało odpowiedzi.
Do
porządku przywrócił mnie śmiech Starka.
-No
to się wpakowałeś! - uśmiechnął się.
Wkurzyłem
się. Nie miałem ochoty zbytnio opiekować się pyskatą nastolatką.
Miałem
już coś powiedzieć do Tonego, ale wyręczył mnie Fury:
-Ty
się tak nie śmiej tylko wracaj do domu. Jutro rano przyleci do
ciebie twoja ukochana uczennica. - mina Iron Mana bezcenna. :)
Był
późny wieczór na ulicach Nowego Yorku. Księżyc oświetlał swoim
srebrzystym kolorem ruchliwe dzielnice. Światła bilbordów, neonowe
napisy oraz wielkie telewizory ciągle reklamujące różne produkty.
Do tego tłumy turystów, ruchliwe ulice i masa hałasu. Cały Nowy
York.
Dokładnie
obserwowałam co się tutaj dzieje. Dzisiaj bowiem szajka złodziei
miała okraść jeden z większych sklepów jubilerskich na
przedmieściach miasta. Od godziny śledzę naszych przyszłych
włamywaczy, czy aby na pewno chcą to zrobić. Dlaczego nie mogę
tego zostawić policji? Ona byłaby dopiero kilka minut po akcji. Raz
nawet zgłosiłam podobnie zaplanowaną kradzież, ale oni mi nie
uwierzyli. W sumie się im nie dziwię, bo kto by uwierzył
piętnastolatce?
Widziałam
każdy ich ruch z dachów budynków mieszkalnych. Byli bardzo blisko
miejsca jubilera. Przyśpieszyłam kroku.
Byłam
ubrana w czarny podkoszulek, długie czarne spodnie i granatowe
vansy. Twarz miałam zakrytą maską podobną do maski Kapitana
Ameryki. Kupiłam ją po przecenie w jednym ze sklepów dla dzieci.
Za broń służyły mi kije baseballowe, strzelające diabełki,
które można kupić na każdym targu oraz pistolety na wodę , które
pomalowałam czarną farbą (nie uwierzycie, że ludzie na to się
nabierają). Za tarczę służyła mi pokrywa od kosz na śmieci.
Jestem chyba najbardziej kreatywną bohaterką.
Kilka
minut zajęło im zrabowanie jubilera. Plan był dobrze zaplanowany,
bo nie nakręciły ich żadne kamery, a alarmy się nie włączyły.
Kiedy już wyszli z budynku, wtedy ja wkroczyłam do akcji.
Udało
mi się zejść z dachu oraz budynku nie sprawiając nie robiąc przy
tym dużego hałasu. Podkradłam się pod ich furgonetkę i
poluźniłam śrubki w kołach ich pojazdu. Gdy mieli już wsiadać,
wtedy zaatakowałam jednego goryla uderzając go pałką. Mężczyzna
zemdlał od razu. Nie stało się mu nic poważnego, ponieważ nie
krwawił, a jedynie stracił przytomność. Kolejnego uderzyłam w
,,słaby punkt” po czym znowu walnęłam kijem, ale dostał tylko w
ramię, bo w porę zorientował się co zamierzam zrobić. Przeturlał
się do kontenera na śmieci i tam pozostał. Trzeci prawdopodobnie
był najbardziej inteligenty i przebiegły z całej szajki, bo unikał
wszystkie moje ruchy. Niestety nie przewidział tego, że rzucę
pałką w szybę jubilera. Alarm się włączył.
Mężczyzna
tak się wkurzył, że dźgnął mnie nożem.
Poczułam
jak z okolic brzucha wypływa ciepła krew. Upadłam na kolana. To
jednak nie był mój koniec, to był początek. Wyciągnęłam
plastikowy pistolet.
-Jeśli
nie odłożysz noża to przedziurawię ci twoją męskość. -
wyszeptałam. Po czym uśmiechnęłam się triumfalnie.
Nagle
nad moją głową przefrunęła wielka, metalowa tarcza. Gdy
zobaczyłam do kogo należy to zaniemówiłam. Kilka metrów ode mnie
stał mój największy bohater...
Tak
długo przez was oczekiwany. Co o nim sądzicie?
środa, 3 czerwca 2015
Rozdział drugi ‚Blondynka z młotem'
Według legendy Miecz Kalirju został wykonany w najciemniejszym miejscu Podziemia przez najbrzydsze potwory jakie Asgardczycy widzieli, a miałem na myśli Drekurów, strasznych stworów o płonących oczodołach, czarnych kłach, które z łatwością przegryzłyby metal. Mają one masywne ciała, palce zakończonymi kilkucentymetrowymi pazurami, gruby ogon, który powaliłby rosłego mężczyznę. Zazwyczaj przepasają sobie biodra grubą skórą. Futro jest koloru węglowego.
Ich panem był olbrzym Surtr, który chciał zniszczyć cały Asgard, swoim płonącym mieczem zemsty, który był jednocześnie jego atrybutem. Według mitu on ma pokonać boga Freyda i zakończyć Ragnarok, czyli koniec świata. Mój ojciec pokonał go kilkanaście lat temu, ścinając mu głowę Kalrijem, a ostrze rzucił do Podziemia, żeby nikt już nie posiadał tak potężnej mocy.*
Skoro miecz wydostał się z czeluści najgłębszych grot strachu znaczyło to tylko jedno. Przepowiednia zaczęła nabierać sensu:
,,Ostrze z Podziemia wydobyte zostanie,
Swoje moce Midgarczykowi ukarze.
Potomek to będzie synów wojny.
Mieczem ognistym oddzieli ciało od duszy.
Władce piorunów w proch obróci.
Armię z Podziemia na blask słońca wydobędzie.
Zbudzi się koszmar wszystkich Asgardczyków,
Syn zdradziecki na tronie zasiądzie,
Ciemnością wszystkie światy otoczy."**
Czyżby moja córka miałaby doprowadzić do końca świata? Przecież ona jest jeszcze dzieckiem, niewinnym, przestraszonym dzieckiem. Nie zna swojej mocy, ani potęgi. Nie wie nawet kim jest.
Przeraża mnie cytaty; ,,Władcę piorunów w proch obróci.". Mam zginąć z rąk z jakiejś tajemniczej mocy?
A może to zrobi to... Skarciłem się w głowie za takie myślenie.
Skupiałem się tylko na znalezieniu dziewczynki. Problem zaczął się, gdy nie wiedziałem dokładnie, gdzie przebywa moja potomkini. Fury wspominał coś, że uciekła z domu. Niestety nie powiedział mi dokąd zamierza się udać.
Zatrzymałem się na polanie, z której roztaczał się widok na Nowy York. Niedaleko znajdowały się przepiękne łąki, lasy oraz rzeczka, która płynęła sobie spokojnie. Ptaki śpiewały sobie radośnie, stado jeleni się pasło. Od tej strony Midgard wyglądał przepięknie, gdzie nie dominowały żadne zanieczyszczenia. Wyjątkiem były tory, po których poruszał się z niezwykłą szybkością pociąg. Było w tym coś niepokojącego. Wydawało mi się, że widzę tam Drekura...
Zbudził mnie niesamowity smród. Tu nie chodzi o zapach, który towarzyszy zazwyczaj pociągu, czyli mieszanka spalin, spoconych pasażerów oraz swąd skarpetek, które zdecydowanie za długo przebywały w pełnych butach. Ten zapach to było coś w rodzaju eliksiru śmierci, czyli siarka zmieszana ze zgniłymi jajkami, podkoszulkiem Roberta oraz dodano do tego odrobinę zmielonego czosnku. Kompozycja idealna, żeby ożywić umarlaka.
Otworzyłam oczy i przetarłam je. Zorientowałam się, że już dawno przespałam swoją stację i kierowałam się w stronę Filadelfii. Nie wróżyło to nic dobrego. A co jeśli, przejdzie konduktor i sprawdzi bilety. Dowie się, że nie wysiadłam na prawidłowej stacji i będzie chciał mnie zostawić na najbliższej stacji? Lub co gorsza zadzwoni do ojczyma?!
Zaczęłam się rozglądać. W tym wagonie były tylko cztery osoby. Zakochana parka, która na oko miała po osiemnaście lat. Chłopak szeptał coś zawzięcie dziewczynie na ucho, a ona chichotała.
Naprzeciwko mnie siedział wysoki brunet, które kojarzyłam ze szkoły. Chodzi on do równoległej klasy. Jest on bardzo wysoki jak na swój wiek przez co wiem, dlaczego nauczyciel wychowania fizycznego tak go chciał w drużynie koszykarskiej. Miał na sobie ciemne jeansy, koszulę w bordowo-czarną kratkę, oraz czarne conversy. W uszach miał słuchawki. Nie zwracał na mnie uwagi, bo cały czas wpatrzony był w migoczące obiekty za oknem. Chyba ma na imię Ethan, ale dokładnie nie pamiętam.
Najbardziej przerażał mnie mężczyzna po trzydziestce, który cały czas siedział nieruchomo, jakby czekał, kiedy ma skoczyć do ataku. Czułam na sobie jego przeszywający wzrok, chociaż na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Był ubrany w koszulkę z jakimś heavymetalowym zespołem, czarne spodnie i bordowe buty. Wydawało mi się, że to od niego tak capi. Czasami miałam wrażenie, że facetowi płoną oczy.
Uspokoiłam umysł, spoglądając na polanę. Niebo przybrało jasnoróżowo-pomarańczowy kolor. Słońce sobie powoli zachodziło.
Gdy w końcu oderwałam swój wzrok od krajobrazu za oknem, przestraszył mnie ten tajemniczy mężczyzna tym, że siedział naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie tymi swoimi wyłupiastym oczami, a ten smród był tak koszmarny, że zaczęłam łzawić.
- Chodź za mną. - wyszeptał. Po czym chwycił mnie mocno za rękę i chciał wytargać z wagonu. Dosłownie. Ale mu się to nie udało, ponieważ....
- Zostaw dziewczynę. - powiedział spokojnie Ethan. Był wyższy od tego faceta prawie o dwie głowy. Wyglądało to dziwnie, jakby chcieli się wzajemnie pozabijać wzrokiem, patrząc na siebie przez okulary przeciwsłoneczne.
Mężczyzna chyba bardzo się wkurzył, ponieważ ułożył usta w dziwnym grymasie po czym pokazał rząd krzywych, kilkucentymetrowych, czarnych kłów. Jego oddech sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Czy on nie mył zębów od dwóch tysięcy lat?
Zaczął rosnąć, był bardziej umięśniony, barczysty. Urosło mu czarne, gęste futro oraz długi, gruby ogon. Miał po trzy palce, z których wystawały długie, śnieżnobiałe pazury. A najgorsze nyły jego oczy, gdy zdjął okulary. Czarne puste oczodoły, które po chwili zapaliły się ogniem jakby niby nic.
- Coś mówiłeś chłopaku? - powiedział. Mówił tak, jakby utknął mu gwizdek w przełyku.
Ethan sprawiał wrażenie, jakby cała jego postać nie robiła na nim wrażenia. Podniósł tylko dumnie głowę i stał.
Potwór niecierpliwił się. Podniósł swoją szponę i chciał przeciąć tego nastolatka na pół. Przeraziłam się. Po czy, szybko zezłościłam i położyłam rękę na plecach stwora.Jakaś magiczna , że stwora przeszła po nim wiązka prądu elektrycznego. Po czym czarne bydle upadło na ziemię, a po całym wagonie rozniósł swąd palonej siarki i zapach pieczonego boczku.
Zakochana parka się odwróciła po czym zlustrowała nas wzrokiem i wróciła do wielbienia siebie.
- Dzięki. - wyszeptałam. Tylko na tyle byłam w stanie wydusić. Wiecie nie zawsze w waszej obronie staje przystojny chłopak.
Później wzięłam plecak i udałam się do innego wagonu, zostawiając zdezorientowanego nastolatka z olbrzymim, nieprzytomnym potworem leżącym na podłodze.
Gdy byłam w przejściu pomiędzy wagonami, usłyszałam niepokojący hałas. W drugim wagonie zobaczyłam podobnego gościa w okularach przeciwsłonecznych, który powoli szedł w moim kierunku. Zauważyłam w suficie otwarte okno. Z trudem udało mi się tam wejść, a gdy już byłam na górze uderzył mnie silny powiew wiatru. Szybko zamknęłam klapę okna, żeby nie wpuścić tu tego dziwadła.
Próbowałam wstać, ale nie pozwalało mi to prędkość z jaką poruszał się pociąg. Poruszałam się, więc na czworakach, ale to też nie było dobrym pomysłem. Słyszałam jak potwór prawie wyważył z nawiasów okno. To był najgorszy na jaki mogłam wpaść. Dlaczego nie zostałam z Ethanem?
Wtedy jakby na przywołanie przyleciał we własnej osobie Thor. Jest to bóg piorunów, gromów, błyskawic i tym podobnych. Mieszka on w magicznym świecie zwanym Asgardem. Zawsze ma przy sobie wielki młot.
Gdy go pierwszy raz ujrzałam, czyli jakieś trzy lata, gdy jakiś zły koleś chciał zniszczyć cały świat, zaczynając od Nowego Yorku, to myślałam, że to była blondynka z młotem. Zmyliły mnie jego długie, blond włosy oraz te dziwne legginsowate spodnie.
Z rozmyślenia wyrwał mnie trzask. Znowu powtórka z rozrywki, czyli paskudny potwór. Był dokładnie taki sami jak ten, którego wcześniej poraziłam prądem, ale on miał olbrzymie nietoperze skrzydła, które płonęły. Nagle przede mną nie wiadomo jak pojawił się wysoki mężczyzna z długimi, czarnymi włosami oraz pięknymi brązowymi oczami. Miał na sobie ciemnozielony strój ze żółtymi zdobieniami oraz złota pelerynę. Na głowie nosił dziwny hełm z dwoma masywnymi rogami. W prawej ręce trzymał półtora metrowe berło. Było ono koloru srebrnego, a pomiędzy kolcami mieścił się dziwny kamień, który świecił jasnoniebieskim światłem. W lewej ręce miał miecz z płonącym ostrzem, a w rączce broni widniał śnieżnobiały diament.
Zauważyłam, że Thor zaczął przyśpieszać.
Potwór był coraz bliżej mnie. Dziwnie ubrany gostek wycelował swoje berło w kierunku kreatury, a ono wystrzeliło niebieską wiązką światła prosto w serce zjawy. Po tym koszmarze pozostał tylko złoty pył, który poleciał z wiatrem.
- Nic ci nie jest? - spytał się, uśmiechając się przy tym uprzejmie. Pokiwałam tylko twierdząco głową. Byłam zbyt przestraszona, żeby móc odpowiedzieć. Podał mi nawet dłoń, żeby pomóc mi wstać. Powoli podnosiłam się, gdy mój wybawca dostał w głowę młotem. Odleciał kilka metrów, a za nim już podążał wkurzony Thor. Przez tego blondyna straciłam równowagę i potoczyłam się na krawędź wagonu.
Słońce strasznie nagrzało wagonik. Moje ręce momentalnie przybrały jasnoróżowy kolor. Ugryzłam się w wargę, żeby jakoś znieść ból. Palce zaczęły się powoli zsuwać z powierzchni. Spadłam prawie metr po czym poczułam jak ktoś mnie trzyma za ręce i za wszelką cenę chce mnie wciągnąć do środka. Po nogach przeszedł mnie wiatr wydobywany z kół maszyny.
Moim wybawcą okazał się Ethan. Drugi raz w ciągu dnia. Dobry jest.
Gdy już byłam w środku i dokładnie się upewniłam się, że mam grunt pod nogami oraz, że nigdzie nie widać podejrzanych gostków z okularami przeciwsłonecznymi, podziękowałam mu.
Oboje jednocześnie obróciliśmy głowy. Ja byłam zbyt zszokowana, do tego spaliłam małego rumieńca. Chłopak zawstydził się i stał się cały czerwony, jakby po raz pierwszy rozmawiał z dziewczyną. Dopiero teraz sobie uświadomiłam jakim karłem jestem przy Ethanie. Wydaję mi się, że on ma dwa metry wzrostu, a ja ledwo sięgam metra sześćdziesiąt pięć. Poza tym on ma takie piękne jasnozielone oczy z ciemnymi zielonymi plamkami. Gdy się patrzy pod słońce to się wydaje, że jego oczy błyszczą.
Tą chwile przerwał Thor, który na wylot przedziurawił wagon. Starsi ludzie zaczęli panikować, a młodzież wyciągnęła komórki, zaczęli pstrykać zdjęcia lub filmować. My natomiast wytrzeźwieliśmy.
- Musimy się, gdzieś schować. - powiedziałam. - Podejrzewam, że Thor nasłał na mnie te dziwne potwory.
Pociągnęłam chłopaka za rękę, ale on się stanął zmuszając mnie, żebym się zatrzymała.
- To niemożliwe. - wzburzył się. - Przecież on jest tym dobrym.
Po chwili zjawiła się wcześniej wymieniona osoba. Nie była pozytywnie nastawiona, ponieważ zbliżała się w naszym kierunku, a nad wagonem pojawiły się gęste chmury...
I jak się wam podoba?
* Legenda jest wymyślona przeze mnie, aczkolwiek olbrzym Surtr pojawia się w mitologi nordyckiej razem z ognistym mieczem w czasie Ragnaroku. Potwory są moim wymysłem, tak samo jak nazwa miecza. Olbrzym Surtr w rzeczywistości sprawił, że nastał koniec świata, a Odyn nigdy go nie pokonał.
** Przepowiednia została napisana przeze mnie na rzecz opowiadania. Nie ma nic wspólnego z żadnym mitem nordyckim.
Ich panem był olbrzym Surtr, który chciał zniszczyć cały Asgard, swoim płonącym mieczem zemsty, który był jednocześnie jego atrybutem. Według mitu on ma pokonać boga Freyda i zakończyć Ragnarok, czyli koniec świata. Mój ojciec pokonał go kilkanaście lat temu, ścinając mu głowę Kalrijem, a ostrze rzucił do Podziemia, żeby nikt już nie posiadał tak potężnej mocy.*
Skoro miecz wydostał się z czeluści najgłębszych grot strachu znaczyło to tylko jedno. Przepowiednia zaczęła nabierać sensu:
,,Ostrze z Podziemia wydobyte zostanie,
Swoje moce Midgarczykowi ukarze.
Potomek to będzie synów wojny.
Mieczem ognistym oddzieli ciało od duszy.
Władce piorunów w proch obróci.
Armię z Podziemia na blask słońca wydobędzie.
Zbudzi się koszmar wszystkich Asgardczyków,
Syn zdradziecki na tronie zasiądzie,
Ciemnością wszystkie światy otoczy."**
Czyżby moja córka miałaby doprowadzić do końca świata? Przecież ona jest jeszcze dzieckiem, niewinnym, przestraszonym dzieckiem. Nie zna swojej mocy, ani potęgi. Nie wie nawet kim jest.
Przeraża mnie cytaty; ,,Władcę piorunów w proch obróci.". Mam zginąć z rąk z jakiejś tajemniczej mocy?
A może to zrobi to... Skarciłem się w głowie za takie myślenie.
Skupiałem się tylko na znalezieniu dziewczynki. Problem zaczął się, gdy nie wiedziałem dokładnie, gdzie przebywa moja potomkini. Fury wspominał coś, że uciekła z domu. Niestety nie powiedział mi dokąd zamierza się udać.
Zatrzymałem się na polanie, z której roztaczał się widok na Nowy York. Niedaleko znajdowały się przepiękne łąki, lasy oraz rzeczka, która płynęła sobie spokojnie. Ptaki śpiewały sobie radośnie, stado jeleni się pasło. Od tej strony Midgard wyglądał przepięknie, gdzie nie dominowały żadne zanieczyszczenia. Wyjątkiem były tory, po których poruszał się z niezwykłą szybkością pociąg. Było w tym coś niepokojącego. Wydawało mi się, że widzę tam Drekura...
Zbudził mnie niesamowity smród. Tu nie chodzi o zapach, który towarzyszy zazwyczaj pociągu, czyli mieszanka spalin, spoconych pasażerów oraz swąd skarpetek, które zdecydowanie za długo przebywały w pełnych butach. Ten zapach to było coś w rodzaju eliksiru śmierci, czyli siarka zmieszana ze zgniłymi jajkami, podkoszulkiem Roberta oraz dodano do tego odrobinę zmielonego czosnku. Kompozycja idealna, żeby ożywić umarlaka.
Otworzyłam oczy i przetarłam je. Zorientowałam się, że już dawno przespałam swoją stację i kierowałam się w stronę Filadelfii. Nie wróżyło to nic dobrego. A co jeśli, przejdzie konduktor i sprawdzi bilety. Dowie się, że nie wysiadłam na prawidłowej stacji i będzie chciał mnie zostawić na najbliższej stacji? Lub co gorsza zadzwoni do ojczyma?!
Zaczęłam się rozglądać. W tym wagonie były tylko cztery osoby. Zakochana parka, która na oko miała po osiemnaście lat. Chłopak szeptał coś zawzięcie dziewczynie na ucho, a ona chichotała.
Naprzeciwko mnie siedział wysoki brunet, które kojarzyłam ze szkoły. Chodzi on do równoległej klasy. Jest on bardzo wysoki jak na swój wiek przez co wiem, dlaczego nauczyciel wychowania fizycznego tak go chciał w drużynie koszykarskiej. Miał na sobie ciemne jeansy, koszulę w bordowo-czarną kratkę, oraz czarne conversy. W uszach miał słuchawki. Nie zwracał na mnie uwagi, bo cały czas wpatrzony był w migoczące obiekty za oknem. Chyba ma na imię Ethan, ale dokładnie nie pamiętam.
Najbardziej przerażał mnie mężczyzna po trzydziestce, który cały czas siedział nieruchomo, jakby czekał, kiedy ma skoczyć do ataku. Czułam na sobie jego przeszywający wzrok, chociaż na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Był ubrany w koszulkę z jakimś heavymetalowym zespołem, czarne spodnie i bordowe buty. Wydawało mi się, że to od niego tak capi. Czasami miałam wrażenie, że facetowi płoną oczy.
Uspokoiłam umysł, spoglądając na polanę. Niebo przybrało jasnoróżowo-pomarańczowy kolor. Słońce sobie powoli zachodziło.
Gdy w końcu oderwałam swój wzrok od krajobrazu za oknem, przestraszył mnie ten tajemniczy mężczyzna tym, że siedział naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie tymi swoimi wyłupiastym oczami, a ten smród był tak koszmarny, że zaczęłam łzawić.
- Chodź za mną. - wyszeptał. Po czym chwycił mnie mocno za rękę i chciał wytargać z wagonu. Dosłownie. Ale mu się to nie udało, ponieważ....
- Zostaw dziewczynę. - powiedział spokojnie Ethan. Był wyższy od tego faceta prawie o dwie głowy. Wyglądało to dziwnie, jakby chcieli się wzajemnie pozabijać wzrokiem, patrząc na siebie przez okulary przeciwsłoneczne.
Mężczyzna chyba bardzo się wkurzył, ponieważ ułożył usta w dziwnym grymasie po czym pokazał rząd krzywych, kilkucentymetrowych, czarnych kłów. Jego oddech sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Czy on nie mył zębów od dwóch tysięcy lat?
Zaczął rosnąć, był bardziej umięśniony, barczysty. Urosło mu czarne, gęste futro oraz długi, gruby ogon. Miał po trzy palce, z których wystawały długie, śnieżnobiałe pazury. A najgorsze nyły jego oczy, gdy zdjął okulary. Czarne puste oczodoły, które po chwili zapaliły się ogniem jakby niby nic.
- Coś mówiłeś chłopaku? - powiedział. Mówił tak, jakby utknął mu gwizdek w przełyku.
Ethan sprawiał wrażenie, jakby cała jego postać nie robiła na nim wrażenia. Podniósł tylko dumnie głowę i stał.
Potwór niecierpliwił się. Podniósł swoją szponę i chciał przeciąć tego nastolatka na pół. Przeraziłam się. Po czy, szybko zezłościłam i położyłam rękę na plecach stwora.Jakaś magiczna , że stwora przeszła po nim wiązka prądu elektrycznego. Po czym czarne bydle upadło na ziemię, a po całym wagonie rozniósł swąd palonej siarki i zapach pieczonego boczku.
Zakochana parka się odwróciła po czym zlustrowała nas wzrokiem i wróciła do wielbienia siebie.
- Dzięki. - wyszeptałam. Tylko na tyle byłam w stanie wydusić. Wiecie nie zawsze w waszej obronie staje przystojny chłopak.
Później wzięłam plecak i udałam się do innego wagonu, zostawiając zdezorientowanego nastolatka z olbrzymim, nieprzytomnym potworem leżącym na podłodze.
Gdy byłam w przejściu pomiędzy wagonami, usłyszałam niepokojący hałas. W drugim wagonie zobaczyłam podobnego gościa w okularach przeciwsłonecznych, który powoli szedł w moim kierunku. Zauważyłam w suficie otwarte okno. Z trudem udało mi się tam wejść, a gdy już byłam na górze uderzył mnie silny powiew wiatru. Szybko zamknęłam klapę okna, żeby nie wpuścić tu tego dziwadła.
Próbowałam wstać, ale nie pozwalało mi to prędkość z jaką poruszał się pociąg. Poruszałam się, więc na czworakach, ale to też nie było dobrym pomysłem. Słyszałam jak potwór prawie wyważył z nawiasów okno. To był najgorszy na jaki mogłam wpaść. Dlaczego nie zostałam z Ethanem?
Wtedy jakby na przywołanie przyleciał we własnej osobie Thor. Jest to bóg piorunów, gromów, błyskawic i tym podobnych. Mieszka on w magicznym świecie zwanym Asgardem. Zawsze ma przy sobie wielki młot.
Gdy go pierwszy raz ujrzałam, czyli jakieś trzy lata, gdy jakiś zły koleś chciał zniszczyć cały świat, zaczynając od Nowego Yorku, to myślałam, że to była blondynka z młotem. Zmyliły mnie jego długie, blond włosy oraz te dziwne legginsowate spodnie.
Z rozmyślenia wyrwał mnie trzask. Znowu powtórka z rozrywki, czyli paskudny potwór. Był dokładnie taki sami jak ten, którego wcześniej poraziłam prądem, ale on miał olbrzymie nietoperze skrzydła, które płonęły. Nagle przede mną nie wiadomo jak pojawił się wysoki mężczyzna z długimi, czarnymi włosami oraz pięknymi brązowymi oczami. Miał na sobie ciemnozielony strój ze żółtymi zdobieniami oraz złota pelerynę. Na głowie nosił dziwny hełm z dwoma masywnymi rogami. W prawej ręce trzymał półtora metrowe berło. Było ono koloru srebrnego, a pomiędzy kolcami mieścił się dziwny kamień, który świecił jasnoniebieskim światłem. W lewej ręce miał miecz z płonącym ostrzem, a w rączce broni widniał śnieżnobiały diament.
Zauważyłam, że Thor zaczął przyśpieszać.
Potwór był coraz bliżej mnie. Dziwnie ubrany gostek wycelował swoje berło w kierunku kreatury, a ono wystrzeliło niebieską wiązką światła prosto w serce zjawy. Po tym koszmarze pozostał tylko złoty pył, który poleciał z wiatrem.
- Nic ci nie jest? - spytał się, uśmiechając się przy tym uprzejmie. Pokiwałam tylko twierdząco głową. Byłam zbyt przestraszona, żeby móc odpowiedzieć. Podał mi nawet dłoń, żeby pomóc mi wstać. Powoli podnosiłam się, gdy mój wybawca dostał w głowę młotem. Odleciał kilka metrów, a za nim już podążał wkurzony Thor. Przez tego blondyna straciłam równowagę i potoczyłam się na krawędź wagonu.
Słońce strasznie nagrzało wagonik. Moje ręce momentalnie przybrały jasnoróżowy kolor. Ugryzłam się w wargę, żeby jakoś znieść ból. Palce zaczęły się powoli zsuwać z powierzchni. Spadłam prawie metr po czym poczułam jak ktoś mnie trzyma za ręce i za wszelką cenę chce mnie wciągnąć do środka. Po nogach przeszedł mnie wiatr wydobywany z kół maszyny.
Moim wybawcą okazał się Ethan. Drugi raz w ciągu dnia. Dobry jest.
Gdy już byłam w środku i dokładnie się upewniłam się, że mam grunt pod nogami oraz, że nigdzie nie widać podejrzanych gostków z okularami przeciwsłonecznymi, podziękowałam mu.
Oboje jednocześnie obróciliśmy głowy. Ja byłam zbyt zszokowana, do tego spaliłam małego rumieńca. Chłopak zawstydził się i stał się cały czerwony, jakby po raz pierwszy rozmawiał z dziewczyną. Dopiero teraz sobie uświadomiłam jakim karłem jestem przy Ethanie. Wydaję mi się, że on ma dwa metry wzrostu, a ja ledwo sięgam metra sześćdziesiąt pięć. Poza tym on ma takie piękne jasnozielone oczy z ciemnymi zielonymi plamkami. Gdy się patrzy pod słońce to się wydaje, że jego oczy błyszczą.
Tą chwile przerwał Thor, który na wylot przedziurawił wagon. Starsi ludzie zaczęli panikować, a młodzież wyciągnęła komórki, zaczęli pstrykać zdjęcia lub filmować. My natomiast wytrzeźwieliśmy.
- Musimy się, gdzieś schować. - powiedziałam. - Podejrzewam, że Thor nasłał na mnie te dziwne potwory.
Pociągnęłam chłopaka za rękę, ale on się stanął zmuszając mnie, żebym się zatrzymała.
- To niemożliwe. - wzburzył się. - Przecież on jest tym dobrym.
Po chwili zjawiła się wcześniej wymieniona osoba. Nie była pozytywnie nastawiona, ponieważ zbliżała się w naszym kierunku, a nad wagonem pojawiły się gęste chmury...
I jak się wam podoba?
* Legenda jest wymyślona przeze mnie, aczkolwiek olbrzym Surtr pojawia się w mitologi nordyckiej razem z ognistym mieczem w czasie Ragnaroku. Potwory są moim wymysłem, tak samo jak nazwa miecza. Olbrzym Surtr w rzeczywistości sprawił, że nastał koniec świata, a Odyn nigdy go nie pokonał.
** Przepowiednia została napisana przeze mnie na rzecz opowiadania. Nie ma nic wspólnego z żadnym mitem nordyckim.
poniedziałek, 25 maja 2015
Rozdział pierwszy
Gdy byłam mała, moja ciocia często mi mówiła, że jestem bardzo podobna do taty. Wręcz twierdziła, że jestem jego idealną kopią. Ten same blond włosy, które odbijały promienie słoneczne. Miejscami miałam kasztanowe odrosty, które po kilku miesiącach przybierały złotą barwę. Oczy były duże oraz piękne. Błękitne tęczówki, które miały kolor spokojnego morza o wschodzie słońca. Zawsze, gdy się uśmiechałam, twierdziła, że widzi ósmy cud świata. Nosek prosty, mały z ledwie widocznymi piegami, które z wiekiem zniknęły w jakiś tajemniczy sposób. Buzia okrąglutka, dodająca uroku. Uwielbiała mnie szczypać po policzkach, kiedy podjadałam ciastka, chociaż dobrze wiedziałam, że nie mogę ich jeść z powodu mojego uczulenia na cynamon. Nie powodowały u mnie żadnego spuchnięcia skóry, ani wysypki, bo posiadały małe ilości tej przyprawy, ale jakbym zjadła całe pudełko, wtedy pojawiłby się prawdziwy problem. Usta miałam pełne, w kolorze dojrzałej maliny, które pasowały do mojej rumianej cery. To byłam cała ja.
Zmieniło się to dwa lata temu, gdy moja kochana ciocia Diana, odeszła z tego świata z powodu przegranej walki z rakiem trzustki. Ona była dla mnie wszystkim: mamą, przyjaciółką, autorytetem. Zapewniła mi udane dzieciństwo, rodzicielską miłość, szczęśliwe życie...
Lecz to, co teraz przechodzę to istny horror. Wcześniej mieszkałam w schludnym, małym mieszkaniu, w którym mieścił się mój mikroskopijny, ale przytulny pokoik. A nowe mieszkanko było obszerne, ale wszędzie rozchodził się paskudny zapach papierosów, alkoholu z domieszką stęchlizny. Mały schowek pod schodami służy mi za sypialnię. Jest tam stare łóżko, kilka półek oraz żarówka zwisająca ze sufitu. Nie mogłam spać, bo co chwila moja matka kłóciła się z ojczymem lub urządzała huczne imprezy.
Właśnie ... moja mama to starsza siostra cioci Diany. Całkowicie różni się od mojej byłej opiekunki. Jest wulgarna, chodzi wiecznie zła na cały świat, a przede wszystkim wyznała mi po pijaku, że jestem największym błędem w jej życiu i stwierdziła, że była bardzo głupia, gdy przespała się z moim ojcem. Wiecie, słyszeć to z ust własnej matki to jak wbić nóż w plecy.
Wiem, że mieszkałam z moją mamą przez rok, aż w końcu nie wytrzymała ze mną i zostawiła mnie u cioci, a sama wyjechała z jakimś obleśnym typkiem. Przez te wszystkie lata żyłam w przekona, że Diana jest moim rodzicem. Prawda wyszła na jaw, gdy chodziłam do dziewiątej klasy. Matka przyjechała mnie odwiedzić po trzynastu latach, ale to był tylko pretekst, żeby pożyczyć od cioci pieniądze. Dotąd sądziłam, że ciocia Gloria to osoba pracująca, nie mająca czasu. A tu nagle takie Bum, bo ciocia Gloria to moja mama!
Gdy oglądałam zdjęcia rodzinne to zawsze rzucały mi się w oczy fotografie dwóch uśmiechniętych dziewczynek z kasztanowymi kitkami ubranymi w identyczne różowe sukienki. Nigdy bym nie przypuszczała, że jedna z tych uroczych dzieci wyrośnie na taką dziwną osobę. Mama miała czarne, długie włosy, które zawsze miała związane w kucyka. Oczy są koloru brązowego, a w nich nie ma ani krzty radości tylko wieczne zmęczenie życiem. Skórę ma bladą, zęby ma uszkodzone przez nadmierne palenie. Czasami smród alkoholu jest silniejszy niż jej waniliowa perfuma. Do tego za żadne skarby nie chce rzucać palenia, ani alkoholu, ani narkotyków.
Robert jest najbardziej obleśnym typem faceta, jakiegokolwiek widziałam. Ciągle siedzi w tych samych śmierdzących kalesonach oraz ubrudzonym podkoszulku, który kiedyś był biały. Bywa bardzo agresywny. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy kilka razy mnie uderzył, gdy przez przypadek wyłączyłam
mu telewizor, kiedy prawie spał. Później notorycznie zaczął używać wobec mnie przemocy, gdy był pijany i musiał się na kimś wyżyć. W takich sytuacjach zamykałam się w pokoju albo wracałam do domu o późnej porze. Strasznie się go bałam, bo nikt nigdy nie podniósł ręki na mnie. Miałam dużo siniaków, zadrapań, skaleczeń oraz trochę głębszych ran na ciele. Schudłam na wadze, obniżyłam się w nauce, byłam chodzącym kłębkiem nerwów, nie mogłam normalnie funkcjonować. Żyłam w strachu. W strachu, że on kiedyś uderzy mnie tak mocno, że stracę przytomność lub nawet życie. Albo zrobi coś o wiele gorszego.
Mama o niczym nie wie, bo nigdy nie była świadkiem tego aktu przemocy. Poza tym Robert mnie szantażował, że gdyby naszła mnie chęć zdradzenia jego ataków, to powiedział, zastrzeli ją oraz ludzi, którzy wchodzą mu w drogę.
Dlatego też w dniu trzydziestego maja postanowiłam uciec z domu. Miałam wszystko dokładnie zaplanowane. Zamierzałam nocować w starym domku na drzewie na działce cioci. Miałam się tam dostać jadąc pociągiem z Nowego Yorku do małej miejscowości nieopodal. Byłam tam kilka razy w tym miesiącu, żeby zawieść tam ciuchy. Nie chciałam, przecież wzbudzać podejrzeń nastoletniej dziewczyny z wielkimi walizkami.
Miałam sporo oszczędności oraz spadek po cioci. Więc mogłam spokojnie przeżyć wakacje oraz znacznie dłużej. Nie zamierzałam wracać do matki, bo sprawiałam im spory problem, nie chciałam też na nich skarżyć, bo nie wiadomo jakby się to skończyło.
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy byłam mała czasami sprawiałam magiczne wyczyny. Na przykład, gdy zorganizowałam moje ósme urodziny i nadeszła najbardziej oczekiwana chwila - czyli zdmuchniecie świeczek. Wtedy przez przypadek zdmuchnęłam tort na ciocie. Albo wtedy, gdy były organizowane zawody w pływaniu to, gdy weszłam do wody (jako pierwsza) wyłoniły się z niej jakby pioruny. Z wiekiem coraz częściej mi się to zdarza. Ostatnio było to trzy miesiące temu, gdy przez przypadkowo poraziłam prądem Roberta, że trafił do szpitala na miesiąc.
W końcu mogłam się przespać. Marzyłam o tym od dłuższego czasu, ale zdołałam tego uczynić przez stresujący pobyt w tym byłym piekle. Przede mną nowe życie...
Nawet nie zauważyła, kiedy dopadł mnie sen.
- Ja nie posiadam dzieci. - odpowiedziałem pewnie. Po chwili się zawahałem. Nie przypominam sobie, żebym spłodził potomka.
- Siedemnaście lat temu wdałeś się w romans z Glorią Evendly. Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się o jej ciąży. Obserwowaliśmy ją przez kilka miesięcy, ale stwierdziliśmy, że dziecko nie może być twoje, ponieważ nie przypominało ciebie. Poza tym potencjalnym kandydatem okazał się Dominic Smith, ponieważ miała z nim romans będąc z Tobą.
- Cóż za podłość! - zezłościłem się.
- Ty nie byłeś lepszy. - Fury podniósł brew. - Zostawiłeś ją bez słowa.
- Czy ty obserwujesz każdy mój ruch?
- Wracając do twojej córki... Przestaliśmy obserwować dom Evendly, gdy twoja pociecha miała kilka miesięcy. Zainteresowaliśmy się nią niecałe trzy miesiące, gdy Robert Francis w jednym wywiadzie twierdził, że jego pasierbica posiada moce władania prądem. Zaczęłyśmy ją obserwować. Nie zauważyliśmy niczego nadzwyczajnego. Oprócz tego, że ten mężczyzna znęcał się nad dziewczynką przemocą fizyczną...
Wkurzyłem się.
Z tego co wiem T.A.R.C.A ma pomagać ludziom, a nie patrzeć na ich cierpienie.
- Dlaczego jej nie pomożecie? - zirytowałem się.
- Wszystko ci wytłumaczę tylko ochłoń. - powiedział poważnie.
Po kilku wdechach byłem opanowany.
- Mów dalej. - rozkazałem.
- Otóż porównaliśmy DNA twoje i Angel...
- Angel to ta dziewczynka? - zaciekawiłem się.
- Tak. Więc - zaczął wyjaśniać poprzedni wątek. - porównaliśmy wasze DNA i wyszło, że jesteście w stu procentach ze sobą spokrewnieni.
Zamilkł. Dał mi czas na przemyślenie.
Ależ o czym mogłem myśleć! Mam córkę! Jestem ojcem. To była pierwsza myśl. Ta radość z tego, że jestem rodzicem... po chwili uświadomiłem sobie, że nie wiem jak wygląda, zaniedbywałem ją przez całe jej życie i nie obroniłem jej przez tym draniem.
- Pokaż mi ją! - sumienie przejęło nade mną władzę. - Przynajmniej jej zdjęcie.
Fury odpalił ten dziwny telewizorek i ukazało mi się fotografia szesnastoletniej dziewczyny. Oczywiście uznałem ją za najpiękniejszą dziewczynę, ponieważ jest moim dzieckiem. Te piękne oczy, złociste włosy oraz nos, który odziedziczyła po Odynie.
- Gdzie ona jest? - spytałem się Nicka. Chciałem jak najszybciej przywalić Robertowi.
- Słuchaj. - zaczął - Mamy też inny problem. Jakieś kilka dni temu coś naruszyło wymiary pomiędzy Ziemią a Asgardem. Ustaliliśmy, że to miecz, który z niezwykłą szybkością porusza się po naszej planecie, jakby ktoś go wzywał jak ty wzywasz ten swój młotek. Musisz uspokoić tą broń, bo ona w końcu kogoś przeszyje. - oznajmił.
- Powiedz mi, gdzie ona jest. - czułem jak budynkiem T.A.R.C.Y pojawiają się burzliwe chmury.
- Dziewczyna uciekła z domu. Ale spokojnie, zaraz... - nie usłyszałem co powiedział, bo zrobiłem w suficie ogromną dziurę oraz poleciałem najszybciej jak mogłem. Ten miecz był bardzo niebezpieczny dla mojej córki...
O innych bohaterach Avengers napisze w kolejnych rozdziałach :)
Zmieniło się to dwa lata temu, gdy moja kochana ciocia Diana, odeszła z tego świata z powodu przegranej walki z rakiem trzustki. Ona była dla mnie wszystkim: mamą, przyjaciółką, autorytetem. Zapewniła mi udane dzieciństwo, rodzicielską miłość, szczęśliwe życie...
Lecz to, co teraz przechodzę to istny horror. Wcześniej mieszkałam w schludnym, małym mieszkaniu, w którym mieścił się mój mikroskopijny, ale przytulny pokoik. A nowe mieszkanko było obszerne, ale wszędzie rozchodził się paskudny zapach papierosów, alkoholu z domieszką stęchlizny. Mały schowek pod schodami służy mi za sypialnię. Jest tam stare łóżko, kilka półek oraz żarówka zwisająca ze sufitu. Nie mogłam spać, bo co chwila moja matka kłóciła się z ojczymem lub urządzała huczne imprezy.
Właśnie ... moja mama to starsza siostra cioci Diany. Całkowicie różni się od mojej byłej opiekunki. Jest wulgarna, chodzi wiecznie zła na cały świat, a przede wszystkim wyznała mi po pijaku, że jestem największym błędem w jej życiu i stwierdziła, że była bardzo głupia, gdy przespała się z moim ojcem. Wiecie, słyszeć to z ust własnej matki to jak wbić nóż w plecy.
Wiem, że mieszkałam z moją mamą przez rok, aż w końcu nie wytrzymała ze mną i zostawiła mnie u cioci, a sama wyjechała z jakimś obleśnym typkiem. Przez te wszystkie lata żyłam w przekona, że Diana jest moim rodzicem. Prawda wyszła na jaw, gdy chodziłam do dziewiątej klasy. Matka przyjechała mnie odwiedzić po trzynastu latach, ale to był tylko pretekst, żeby pożyczyć od cioci pieniądze. Dotąd sądziłam, że ciocia Gloria to osoba pracująca, nie mająca czasu. A tu nagle takie Bum, bo ciocia Gloria to moja mama!
Gdy oglądałam zdjęcia rodzinne to zawsze rzucały mi się w oczy fotografie dwóch uśmiechniętych dziewczynek z kasztanowymi kitkami ubranymi w identyczne różowe sukienki. Nigdy bym nie przypuszczała, że jedna z tych uroczych dzieci wyrośnie na taką dziwną osobę. Mama miała czarne, długie włosy, które zawsze miała związane w kucyka. Oczy są koloru brązowego, a w nich nie ma ani krzty radości tylko wieczne zmęczenie życiem. Skórę ma bladą, zęby ma uszkodzone przez nadmierne palenie. Czasami smród alkoholu jest silniejszy niż jej waniliowa perfuma. Do tego za żadne skarby nie chce rzucać palenia, ani alkoholu, ani narkotyków.
Robert jest najbardziej obleśnym typem faceta, jakiegokolwiek widziałam. Ciągle siedzi w tych samych śmierdzących kalesonach oraz ubrudzonym podkoszulku, który kiedyś był biały. Bywa bardzo agresywny. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy kilka razy mnie uderzył, gdy przez przypadek wyłączyłam
mu telewizor, kiedy prawie spał. Później notorycznie zaczął używać wobec mnie przemocy, gdy był pijany i musiał się na kimś wyżyć. W takich sytuacjach zamykałam się w pokoju albo wracałam do domu o późnej porze. Strasznie się go bałam, bo nikt nigdy nie podniósł ręki na mnie. Miałam dużo siniaków, zadrapań, skaleczeń oraz trochę głębszych ran na ciele. Schudłam na wadze, obniżyłam się w nauce, byłam chodzącym kłębkiem nerwów, nie mogłam normalnie funkcjonować. Żyłam w strachu. W strachu, że on kiedyś uderzy mnie tak mocno, że stracę przytomność lub nawet życie. Albo zrobi coś o wiele gorszego.
Mama o niczym nie wie, bo nigdy nie była świadkiem tego aktu przemocy. Poza tym Robert mnie szantażował, że gdyby naszła mnie chęć zdradzenia jego ataków, to powiedział, zastrzeli ją oraz ludzi, którzy wchodzą mu w drogę.
Dlatego też w dniu trzydziestego maja postanowiłam uciec z domu. Miałam wszystko dokładnie zaplanowane. Zamierzałam nocować w starym domku na drzewie na działce cioci. Miałam się tam dostać jadąc pociągiem z Nowego Yorku do małej miejscowości nieopodal. Byłam tam kilka razy w tym miesiącu, żeby zawieść tam ciuchy. Nie chciałam, przecież wzbudzać podejrzeń nastoletniej dziewczyny z wielkimi walizkami.
Miałam sporo oszczędności oraz spadek po cioci. Więc mogłam spokojnie przeżyć wakacje oraz znacznie dłużej. Nie zamierzałam wracać do matki, bo sprawiałam im spory problem, nie chciałam też na nich skarżyć, bo nie wiadomo jakby się to skończyło.
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy byłam mała czasami sprawiałam magiczne wyczyny. Na przykład, gdy zorganizowałam moje ósme urodziny i nadeszła najbardziej oczekiwana chwila - czyli zdmuchniecie świeczek. Wtedy przez przypadek zdmuchnęłam tort na ciocie. Albo wtedy, gdy były organizowane zawody w pływaniu to, gdy weszłam do wody (jako pierwsza) wyłoniły się z niej jakby pioruny. Z wiekiem coraz częściej mi się to zdarza. Ostatnio było to trzy miesiące temu, gdy przez przypadkowo poraziłam prądem Roberta, że trafił do szpitala na miesiąc.
W końcu mogłam się przespać. Marzyłam o tym od dłuższego czasu, ale zdołałam tego uczynić przez stresujący pobyt w tym byłym piekle. Przede mną nowe życie...
Nawet nie zauważyła, kiedy dopadł mnie sen.
- Ja nie posiadam dzieci. - odpowiedziałem pewnie. Po chwili się zawahałem. Nie przypominam sobie, żebym spłodził potomka.
- Siedemnaście lat temu wdałeś się w romans z Glorią Evendly. Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się o jej ciąży. Obserwowaliśmy ją przez kilka miesięcy, ale stwierdziliśmy, że dziecko nie może być twoje, ponieważ nie przypominało ciebie. Poza tym potencjalnym kandydatem okazał się Dominic Smith, ponieważ miała z nim romans będąc z Tobą.
- Cóż za podłość! - zezłościłem się.
- Ty nie byłeś lepszy. - Fury podniósł brew. - Zostawiłeś ją bez słowa.
- Czy ty obserwujesz każdy mój ruch?
- Wracając do twojej córki... Przestaliśmy obserwować dom Evendly, gdy twoja pociecha miała kilka miesięcy. Zainteresowaliśmy się nią niecałe trzy miesiące, gdy Robert Francis w jednym wywiadzie twierdził, że jego pasierbica posiada moce władania prądem. Zaczęłyśmy ją obserwować. Nie zauważyliśmy niczego nadzwyczajnego. Oprócz tego, że ten mężczyzna znęcał się nad dziewczynką przemocą fizyczną...
Wkurzyłem się.
Z tego co wiem T.A.R.C.A ma pomagać ludziom, a nie patrzeć na ich cierpienie.
- Dlaczego jej nie pomożecie? - zirytowałem się.
- Wszystko ci wytłumaczę tylko ochłoń. - powiedział poważnie.
Po kilku wdechach byłem opanowany.
- Mów dalej. - rozkazałem.
- Otóż porównaliśmy DNA twoje i Angel...
- Angel to ta dziewczynka? - zaciekawiłem się.
- Tak. Więc - zaczął wyjaśniać poprzedni wątek. - porównaliśmy wasze DNA i wyszło, że jesteście w stu procentach ze sobą spokrewnieni.
Zamilkł. Dał mi czas na przemyślenie.
Ależ o czym mogłem myśleć! Mam córkę! Jestem ojcem. To była pierwsza myśl. Ta radość z tego, że jestem rodzicem... po chwili uświadomiłem sobie, że nie wiem jak wygląda, zaniedbywałem ją przez całe jej życie i nie obroniłem jej przez tym draniem.
- Pokaż mi ją! - sumienie przejęło nade mną władzę. - Przynajmniej jej zdjęcie.
Fury odpalił ten dziwny telewizorek i ukazało mi się fotografia szesnastoletniej dziewczyny. Oczywiście uznałem ją za najpiękniejszą dziewczynę, ponieważ jest moim dzieckiem. Te piękne oczy, złociste włosy oraz nos, który odziedziczyła po Odynie.
- Gdzie ona jest? - spytałem się Nicka. Chciałem jak najszybciej przywalić Robertowi.
- Słuchaj. - zaczął - Mamy też inny problem. Jakieś kilka dni temu coś naruszyło wymiary pomiędzy Ziemią a Asgardem. Ustaliliśmy, że to miecz, który z niezwykłą szybkością porusza się po naszej planecie, jakby ktoś go wzywał jak ty wzywasz ten swój młotek. Musisz uspokoić tą broń, bo ona w końcu kogoś przeszyje. - oznajmił.
- Powiedz mi, gdzie ona jest. - czułem jak budynkiem T.A.R.C.Y pojawiają się burzliwe chmury.
- Dziewczyna uciekła z domu. Ale spokojnie, zaraz... - nie usłyszałem co powiedział, bo zrobiłem w suficie ogromną dziurę oraz poleciałem najszybciej jak mogłem. Ten miecz był bardzo niebezpieczny dla mojej córki...
O innych bohaterach Avengers napisze w kolejnych rozdziałach :)
sobota, 23 maja 2015
Prolog
Stukałem rytmicznie palcami o blat wielkiego, okrągłego stołu przy, który odbywały się narady. Trochę się za nimi stęskniłem, ale wolałem, żeby odbyła się dzisiaj ona jak najszybciej, bo miałem na głowie ważną uroczystość. Wiecie, nie każdego dnia będzie się odbywać koronacja na króla Asgardu.
W sali byłem tylko ja. Najwidoczniej Fury poinformował innych tak samo późno jak mnie.
Pomieszczenie było ogromne. Ściany miały kolor beżowy, parkiet był zrobiony z modrzewiowego drewna, na podłodze leżał wielki, puszysty czekoladowy dywan.Z sufitu zwisały dwa wielkie żyrandole.
Najbardziej spektakularny był widok z okien, które zajmowały całą ścianę. Siedziba TARCZY znajduje się w środku samego lasu. Pięknego lasu. Dalej można zobaczyć pas niekończących się gór z białymi szczytami oraz błękitne niebo bez żadnej chmurki. Przez szyby nie widać tylko majestatyczne krajobrazy, ale też poligon ćwiczeniowy dla agentów. Właśnie odbywał się trening.
Nagle drzwi z hukiem się otwarły i wszedł w samej osobie Tony Stark w swojej złoto-czerwonej zbroi. Spodziewałem się go trochę później. Widocznie, on też myślał, że zastał tutaj wszystkich i zrobi wielkie wrażenie wchodząc tutaj. Jakże musiał się zdziwić, gdy tylko mnie ujrzał.
- Gdybyśmy w takim tępię ratowali świat, to pewnie dawno by go już ni było. - uśmiechnął się.
- Też cię miło widzieć, Stark. - powiedziałem z sarkazmem.
- Widzę, że nawet bóg jest w stanie użyć ironii. - uśmiechnął się. - Lecz nie każdy może opanować jej do perfekcji.
Za Tonym do pomieszczenia weszła rudowłosa Pepper. Wyglądała ona młodziej niż zazwyczaj. Jej włosy były lekko potargane przez wiatr, gdy leciała ze swim chłopakiem. Miała na sobie białą bluzkę z krótkim rękawem, koszulę w jasno zieloną i błękitną kratkę, jeansowe spodenki oraz czarne conversy. Makijaż był bardzo delikatny, ale bardzo dopasowany.
Jak przystało na dżentelmena, Stark odsunął swojej dziewczynie krzesło, żeby mogła usiąść. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Ale Pepper go wytresowała!
- Witaj Thorze. - usiadła naprzeciwko mnie. - Jak tam sprawy w Asgardzie?
- Dobrze. Panuje tam ład i porządek.
- Chyba wtedy, kiedy cię tam nie ma. - zażartował Iron Man.
- Tony! - wkurzyła się Potts.
- Widzę, że wszystko jest po staremu. - uśmiechnęła się agentka Natasza. Ona tak samo jak Virgina zmieniła się nie do poznania. Zapuściła swoje włosy do ramion, zaczęła bardziej dbać o swój makijaż i biżuterię do tego stała się bardziej kobieca. Miała na sobie czerwono krwistą sukienkę do połowy ud z z małym dekoltem. Do tego czarne szpilki o wysokim obcasie. Iron Mane'owi aż procesy spaliło z wrażenie, oczywiście w przenośni.
- Jak ty się tu pojawiłaś? - zastanawiał się Pepper. Nie słyszeliśmy, przecież jak otwierała i zamykała drzwi.
- Weszłam tym samym wejściem co Nick. - oznajmiła.
Wszyscy spojrzeliśmy na dyrektora TARCZY. Wyglądał dokładnie tak samo jak go zapamiętałem. Wysokiego mężczyznę w czarnym kombinezonie i z opaską na oku.
- Zaczekajmy jeszcze na Rogersa i możemy zacząć spotkanie. - powiedział spokojnie Fury.
- A co z moim ulubionym zielonym wybrykiem natury i Robin Hoodem? - zaciekawił się Stark.
- Sokole Oko zajmuje się rodziną. Nie chcemy go wplątywać w kolejną misję, a Hulk zaczyna nowe życie, gdzieś na Filipinach. - wytłumaczył. - Za to wy zyskacie nowych członków drużyny.
- Jakich? - zaciekawiłem się.
- Wszystko wam opowiem, gdy przyjdzie Steve. - odparł Nick.
Podobnie jak reszta drużyny byłem bardzo zaciekawiony, kim oni są, jak wyglądają, jakie zdolności posiadają, ale z drugiej strony żałuje, że nie ma z nami Bartona i Bunnera.
Wtedy z wielkim hukiem, drzwi się otworzyły, a nam ukazał się Kapitan Ameryka w swojej zbroi z wypolerowaną, lśniącą tarczą. Co jak co, ale to on zrobił najlepsze wejście.
Wyglądał inaczej.
Jego chód był pewniejszy. Oczy lustrowały wszystkich obecnych na sali, a w szczególności Starka. Był bardziej radosny. Pasowało to do niego.
- Zaczynamy spotkanie. - zarządził szef TARCZY. - Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy już tak młodzi ja dawniej. Ale jeszcze, aż tak starzy, żeby przejść na emeryturę. Otóż, wymyśliłem grupę pod nazwą Young Avengers.
- A po co my ci jesteśmy do tego? - nie za bardzo rozumiałem to.
- Chciałbym stworzyć grupę młodych bohaterów, którzy w przyszłości mogliby was zastąpić.
- Nadal nie opowiedziałeś na moje pytanie.
- Thorze, wezwałem was tu, aby za proponować stworzenie tej grupy...
- Dobra Profesorku, masz moją - popatrzył na wszystkich- naszą zgodę. Mogłeś do nas zadzwonić, a nie zwoływać jakieś spotkania. - po czym spojrzał na mnie.- Do nie mogłeś napisać list albo wysłać sowę z wiadomością lub inne ptaszysko.
- Tony - zaczął - źle mnie zrozumiałeś. Chciałem, żebyście wy wzięli pod swoje skrzydła uczniów.
- Tak. - zrobił głupią minę.
- W takim razie masz już kogoś na myśli? - powiedział, dotąd milczący Kapitan.
- Powiedźmy, że mam prawie dla każdego ucznia. Nie wiem czy Tony jest wystarczająco odpowiedni do roli mentora.
- Nie mam ochoty niańczyć kolejnego dziecka. - uśmiechnęła się Virgina.
- Skarbie, my nie mamy dzieci. - powiedział jej chłopak. -Ale mamy wolny wieczór, więc prze dyskutujemy sprawę wspólnych dzieci.
Nie wiedziałem czy Stark żartuję czy tez nie.
- No, a jak mówimy już o dzieciach... - Fury spojrzał na mnie. - Muszę ci coś pokazać. To jaką wtedy podejmiesz decyzję będzie należało do ciebie. Powiem tylko, że nie masz wyboru, bo od tego zależy przyszłość Young Avengers.
- A kto powiedział, że my się zgadzamy? - zdziwiła się Natasza.
- Nie macie innego wyjścia. - oznajmił. - Thor, chodź za mną.
Wyszliśmy z pomieszczenia zostawiając osłupiałych Mścicieli. Szliśmy w milczeniu.
Weszliśmy do zwykłego białego pokoju, w którym było tylko biurko, fotel i komputer.
- Thor, nie wiem czy pamiętasz, ale masz córkę...
I jak wam się podoba początek?
W sali byłem tylko ja. Najwidoczniej Fury poinformował innych tak samo późno jak mnie.
Pomieszczenie było ogromne. Ściany miały kolor beżowy, parkiet był zrobiony z modrzewiowego drewna, na podłodze leżał wielki, puszysty czekoladowy dywan.Z sufitu zwisały dwa wielkie żyrandole.
Najbardziej spektakularny był widok z okien, które zajmowały całą ścianę. Siedziba TARCZY znajduje się w środku samego lasu. Pięknego lasu. Dalej można zobaczyć pas niekończących się gór z białymi szczytami oraz błękitne niebo bez żadnej chmurki. Przez szyby nie widać tylko majestatyczne krajobrazy, ale też poligon ćwiczeniowy dla agentów. Właśnie odbywał się trening.
Nagle drzwi z hukiem się otwarły i wszedł w samej osobie Tony Stark w swojej złoto-czerwonej zbroi. Spodziewałem się go trochę później. Widocznie, on też myślał, że zastał tutaj wszystkich i zrobi wielkie wrażenie wchodząc tutaj. Jakże musiał się zdziwić, gdy tylko mnie ujrzał.
- Gdybyśmy w takim tępię ratowali świat, to pewnie dawno by go już ni było. - uśmiechnął się.
- Też cię miło widzieć, Stark. - powiedziałem z sarkazmem.
- Widzę, że nawet bóg jest w stanie użyć ironii. - uśmiechnął się. - Lecz nie każdy może opanować jej do perfekcji.
Za Tonym do pomieszczenia weszła rudowłosa Pepper. Wyglądała ona młodziej niż zazwyczaj. Jej włosy były lekko potargane przez wiatr, gdy leciała ze swim chłopakiem. Miała na sobie białą bluzkę z krótkim rękawem, koszulę w jasno zieloną i błękitną kratkę, jeansowe spodenki oraz czarne conversy. Makijaż był bardzo delikatny, ale bardzo dopasowany.
Jak przystało na dżentelmena, Stark odsunął swojej dziewczynie krzesło, żeby mogła usiąść. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. Ale Pepper go wytresowała!
- Witaj Thorze. - usiadła naprzeciwko mnie. - Jak tam sprawy w Asgardzie?
- Dobrze. Panuje tam ład i porządek.
- Chyba wtedy, kiedy cię tam nie ma. - zażartował Iron Man.
- Tony! - wkurzyła się Potts.
- Widzę, że wszystko jest po staremu. - uśmiechnęła się agentka Natasza. Ona tak samo jak Virgina zmieniła się nie do poznania. Zapuściła swoje włosy do ramion, zaczęła bardziej dbać o swój makijaż i biżuterię do tego stała się bardziej kobieca. Miała na sobie czerwono krwistą sukienkę do połowy ud z z małym dekoltem. Do tego czarne szpilki o wysokim obcasie. Iron Mane'owi aż procesy spaliło z wrażenie, oczywiście w przenośni.
- Jak ty się tu pojawiłaś? - zastanawiał się Pepper. Nie słyszeliśmy, przecież jak otwierała i zamykała drzwi.
- Weszłam tym samym wejściem co Nick. - oznajmiła.
Wszyscy spojrzeliśmy na dyrektora TARCZY. Wyglądał dokładnie tak samo jak go zapamiętałem. Wysokiego mężczyznę w czarnym kombinezonie i z opaską na oku.
- Zaczekajmy jeszcze na Rogersa i możemy zacząć spotkanie. - powiedział spokojnie Fury.
- A co z moim ulubionym zielonym wybrykiem natury i Robin Hoodem? - zaciekawił się Stark.
- Sokole Oko zajmuje się rodziną. Nie chcemy go wplątywać w kolejną misję, a Hulk zaczyna nowe życie, gdzieś na Filipinach. - wytłumaczył. - Za to wy zyskacie nowych członków drużyny.
- Jakich? - zaciekawiłem się.
- Wszystko wam opowiem, gdy przyjdzie Steve. - odparł Nick.
Podobnie jak reszta drużyny byłem bardzo zaciekawiony, kim oni są, jak wyglądają, jakie zdolności posiadają, ale z drugiej strony żałuje, że nie ma z nami Bartona i Bunnera.
Wtedy z wielkim hukiem, drzwi się otworzyły, a nam ukazał się Kapitan Ameryka w swojej zbroi z wypolerowaną, lśniącą tarczą. Co jak co, ale to on zrobił najlepsze wejście.
Wyglądał inaczej.
Jego chód był pewniejszy. Oczy lustrowały wszystkich obecnych na sali, a w szczególności Starka. Był bardziej radosny. Pasowało to do niego.
- Zaczynamy spotkanie. - zarządził szef TARCZY. - Wszyscy wiemy, że nie jesteśmy już tak młodzi ja dawniej. Ale jeszcze, aż tak starzy, żeby przejść na emeryturę. Otóż, wymyśliłem grupę pod nazwą Young Avengers.
- A po co my ci jesteśmy do tego? - nie za bardzo rozumiałem to.
- Chciałbym stworzyć grupę młodych bohaterów, którzy w przyszłości mogliby was zastąpić.
- Nadal nie opowiedziałeś na moje pytanie.
- Thorze, wezwałem was tu, aby za proponować stworzenie tej grupy...
- Dobra Profesorku, masz moją - popatrzył na wszystkich- naszą zgodę. Mogłeś do nas zadzwonić, a nie zwoływać jakieś spotkania. - po czym spojrzał na mnie.- Do nie mogłeś napisać list albo wysłać sowę z wiadomością lub inne ptaszysko.
- Tony - zaczął - źle mnie zrozumiałeś. Chciałem, żebyście wy wzięli pod swoje skrzydła uczniów.
- Tak. - zrobił głupią minę.
- W takim razie masz już kogoś na myśli? - powiedział, dotąd milczący Kapitan.
- Powiedźmy, że mam prawie dla każdego ucznia. Nie wiem czy Tony jest wystarczająco odpowiedni do roli mentora.
- Nie mam ochoty niańczyć kolejnego dziecka. - uśmiechnęła się Virgina.
- Skarbie, my nie mamy dzieci. - powiedział jej chłopak. -Ale mamy wolny wieczór, więc prze dyskutujemy sprawę wspólnych dzieci.
Nie wiedziałem czy Stark żartuję czy tez nie.
- No, a jak mówimy już o dzieciach... - Fury spojrzał na mnie. - Muszę ci coś pokazać. To jaką wtedy podejmiesz decyzję będzie należało do ciebie. Powiem tylko, że nie masz wyboru, bo od tego zależy przyszłość Young Avengers.
- A kto powiedział, że my się zgadzamy? - zdziwiła się Natasza.
- Nie macie innego wyjścia. - oznajmił. - Thor, chodź za mną.
Wyszliśmy z pomieszczenia zostawiając osłupiałych Mścicieli. Szliśmy w milczeniu.
Weszliśmy do zwykłego białego pokoju, w którym było tylko biurko, fotel i komputer.
- Thor, nie wiem czy pamiętasz, ale masz córkę...
I jak wam się podoba początek?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




