piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział czwarty

- Cześć. Dodzwoniłeś się przystojnego Tonego Starka. Niestety nie ma przy telefonie, ponieważ ratuję świat  ze swoimi ziomkami lub jestem na ważnym posiedzeniu. Jeśli masz coś ważnego mi do przekazania, proszę nagraj się po trzecim sygnale. - słyszałem te jego powiedzenie już po raz dziesiąty w tym dniu. To o wiele za dużo jak na dwadzieścia cztery godziny. Poza tym straciłem już całą cierpliwość. - Stark! Do cholery! Twoja uczennica zaginęła jakieś pięć godzin temu, a nasze kamery, wskazują na to, że nie ma jej w Twoim domu. Jeśli czegokolwiek nie zrobisz z tym faktem to dziewczyna może umrzeć! Nie wiadomo jakie niebezpieczeństwo na nią czyha! Od Ciebie zależy bezpieczeństwo Młodej!


Wyobraźcie sobie, że spotykacie Waszego największego idola.
Tak właśnie się czułam, gdy ujrzałam Kapitana Amerykę. We własnej osobie. Stał przede mną, Z jakieś dwa metry. Mogłam wręcz poczuć jego zapach. Wyobrażałam sobie, że pachnie wodą kolońską o zapachu z rodem z lat czterdziestych oraz czymś metalicznym. A tu taka niespodzianka! Zajeżdżał spalinami, rumiankiem oraz mokrym psem. Dziwna mieszanka.
Do tego jak walczył z jednym z jednym ze złodziei przybrał ten swój charakterystyczny grymas. Podniósł delikatnie górną wargę, która mu delikatnie drżała, jakby zamierzał pogryźć kostkę lodu. Brwi mu nasunęły się na oczy przez co sprawiał wrażenie złego, co było prawdą, bo rzucił swoim przeciwnikiem w kubeł na śmieci.
Gdy już było po wszystkim Kapitan podszedł do mnie. Miał zniesmaczoną minę, a po jego postawie ciała mogłam wnioskować, że nie był za bardzo zadowolony.
- Co ty odstawiłaś? - wrzasnął na mnie. Nikt nigdy nie podniósł w mojej obecności takiego tonu i do tego skierowanego do mojej osoby. Co gorsza Kapitan uważa, że ta akcja była bezsensowna. - Po co to robiłaś? Mogłaś zginąć!
- Ale ja chciałam pomóc...
- Narażając na to swoje życie oraz innych ludzi! - zdenerwował się na całego. Po chwili przybrał poważną minę. - Prawdziwy bohater tak by nie postąpił.
Spuściłam głowę. Było mi wstyd spojrzeć w oczy Kapitanowi.
Czułam, że jestem bliska płaczu, ale powstrzymywałam to w sobie, żeby nie wyjść na małą dziewczynkę.
- To co zrobiłaś było całkowicie bezmyślne, ryzykowne, nie posiadałaś dobrego planu, ani odpowiedniej broni, nie wspominając już o przewidywalnej taktyce walki oraz nie docenienia swojego przeciwnika. - powiedział. - Jesteś zbyt szczupła. Masz nieodpowiedni strój. Zero doświadczenia. Ale... rwiesz się do walki, walczysz o swoje. Jesteś niesamowicie postrzelona, żeby tak ryzykować. Dla swojej racji, żeby udowodnić, że ty też coś potrafisz i doskonale się do tego nadajesz, mimo, że inni w to wątpią. Ty masz w sobie niezwykłą siłę, odwagę, determinację oraz dobro. Dlatego, też zostaniesz moją uczennicą.
Podniosłam głowę. Spojrzałam na Kapitana. Uśmiechał się do mnie łagodnie.
Po chwili położył swoją prawą dłoń na moim barku.
- Wiesz, przypominasz mi, mnie w młodości. Byłem tak samo głupi jak ty i rwałem się, żeby stanąć w obronie ojczyzny. Chociaż inni w to wątpili, bo nie pasowałem tam. A później stałem się Kapitanem Ameryką. - uśmiechnął się. - Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem. Nie chciałem, żebyś była przez to smutna.
- Nic się nie stało. - powiedziałam. - Jesteś moim nauczycielem, więc powinnam cię słuchać.
- Tak. Ale nauczyciel jest od tego by czegoś nauczyć, a nie potępić. A na samym starcie mam u ciebie minusa za niechwalenia całkiem udanego planu, ale jego wykonanie było troszeczkę gorsze.
- Spokojnie Kapitanie. Ja jeszcze pokaże klasę.
- A powiedz mi jak się nazywasz. - zmienił temat.
- Mam ci zdradzić tożsamość przyszłej Kapitanki Ameryki? No chyba śnisz! Mam na imię Alice
- No, to zaczynamy od jutra trening.
- Tak! - krzyknęłam. - Będziemy razem przezwyciężać zło! - ucieszyłam się. Po chwili złapałam się za brzuch. Strasznie mnie bolał. Upadłam na ziemię.
- Alice! Nic ci nie jest? - przeraził się mój mistrz. - Alice!
Ostatnie co widziałam to rozmazaną postać Kapitana Ameryki. Fajnie, że przynajmniej go spotkałam przed...


Było bardzo zimno.
Na niebie już dawno pojawił się srebrny księżyc wraz z małymi, migoczącymi gwiazdkami. To była jedna z najpiękniejszych nocy jakie w życiu widziałam. Chciałabym ją podziwiać, aż do rana, ale był jeden mały haczyk...
Otóż jakieś kilka godzin temu zaatakował mnie jakiś wściekły bóg ze swoimi śmierdzącymi stworami, które chciały mnie zabić. Do tego Thor - ta blondynka z młotem do ubijania mięsa, twierdzi, że jestem jego córką. To jest jeden z najbardziej zwariowanych dni w moim życiu.
Mogło być gorzej? Mylicie się.
Wyskoczyłam z pociągu, który jechał z niewiarygodnie szybką prędkością. Jetem w lesie. W nocy. Jedzenie mi się kończy, nie mówiąc już o piciu. Komórka mi padła. Moje ubrania są podarte. Na ciele mam liczne rany. I nie wiem w ogóle, w którym kierunku mam iść.
Na szczęście nie jestem sama. Jest ze mną Ethan, który zna ten las, ale w nocy to zupełne inne miejsce.
Najbardziej bałam się, że coś nas zaatakuję ....
Właśnie to wykrakałam,...

Przepraszam, że taki krótki.








piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział trzeci ,,Będzie wysokim, wysportowanym młodzieńcem."

  Słońce rzucało swoje promienie na wielki stół. Zbroja Starka połyskiwała swoimi krzykliwymi kolorami. Tony się zbyt tym nie przeją, ponieważ prowadził zaciekłą dyskusję z Pepper, żeby ją przekonać do wzięcia ucznia. Natasza spokojnie sobie siedziała na fotelu, gdzie nie sięgało światło. Jakoś nie było po niej widać, że przejmuję się tym planem Furego. Nogi miała na blacie, a całą swoją uwagę skupiła, żeby idealnie wyrównać paznokcie.
Czy tylko ja miałem wątpliwości co do tego? Przecież to oznacza, że weźmiemy odpowiedzialność za małoletnie osoby, które mogą mieć różne problemy. Nastolatek zawsze się buntuję i pewnie będzie stwarzać masę kłopotów np. będzie uciekał, pyskował, nie słuchał itp. Co ja wtedy zrobię?
Trudniejszym wyzwaniem wydaję mi się to, że wezmę pod skrzydła zupełnie inne pokolenie młodzieży niż takie, które mężnie walczyło o wolność. Ta współczesna młodzież nie jest tak bardzo dojrzała. Nie szanuję wartości, za które kiedyś ich pradziadkowie walczyli i umierali. Zapominają, że są Amerykanami, a kierują się modą europejską, azjatycką. Tak bardzo chcą się do nich upodobnić, nie pamiętają kim są. Wiedzą wszystko o jakiejś kulturze, zwyczajach, znają historię, uczą się języków... nie jestem temu przeciwny. Ale, żeby nie kojarzyć najważniejszych dat w historii naszego pięknego kraju to po prostu wstyd. Niestety jednym z najważniejszych czynników skąd oni tacy są to czerpanie wzoru ze swoich rodziców, prasy, telewizji oraz gwiazd kina. Dlatego to ja nauczę mojego przyszłego ucznia tych ważnych wartości, które z wiekiem zanikają. Nauczę go, żeby został prawdziwym patriotą, chrześcijaninem oraz osobą odważną.
    -Rogers! - krzyknął Stark.
-Tak?
-No w końcu się odezwałeś. - odetchnął z ironią Iron Man. - Pytam się ciebie po raz trzeci:,, Jak sobie wyobrażasz swojego ucznia?”.
Zastanowiłem się przez chwilę. Zadał bardzo dobre pytanie. Skoro, więc wybierał sam Nick odpowiednich kandydatów na naszych podopiecznych to wyobrażałem sobie go tak:
-Pewnie będzie miał z siedemnaście, osiemnaście lat. - zacząłem. - Będzie wysokim, wysportowanym młodzieńcem. Myślę, że będzie miał za sobą trening jak ci tutaj agenci T.A.R.C.Z.Y. Lub przynajmniej osiągnął wysoki wynik w zawodach sportowych. Zapewne dobrze będzie obmyślał strategie bojowe oraz obsługiwał się pojazdami i bronią. Fajnie by było, żeby był młodym geniuszem...
-Przepraszam – pomachał do mnie Tony – to ja przejmuję tego inteligentnego. Zapomniałeś. - podniósł brew. - Mój uczeń dostanie w spadku po mnie moją firmę oraz wszystkie plany.
Po chwili dodał:
-No, chyba, że spodziewam się w najbliższej przyszłości dzieci, wtedy to zmienia postać rzeczy. - spojrzał znacząco na swoją dziewczynę. Ta tylko teatralnie przewróciła oczyma.
Naszą dyskusję przerwał wchodzący do sali Nick Fury.
-Gdzie zgubiłeś naszego, kochanego blondaska? - zaciekawił się Tony. - Przestraszył się własnego ucznia. - szef T.A.R.C.Z.Y spojrzał na niego spod byka.
-Skoro jesteś tak bardzo ciekaw to ci opowiem. - wyglądał na zdenerwowanego. Usta ułożyły mu się w grymasie, w oku pojawił się gniew. Natomiast Starku nie zrobiło to żadnego wrażenia. W końcu Nick zaczerpnął powietrza i zaczął mówić: - Thor się dowiedział, że jest ojcem.
Zapadła cisza.
Iron Man nie spodziewał się takiej informacji, więc po chwili przybrał skruszoną minę.
-Poleciał jej poszukać. Niestety został zaatakowany przez potwory z innego wymiaru... Poza tym na wolności jest jego brat Loki, który najwyraźniej też chce odnaleźć swoją bratanicę.
    -Musimy mu pomóc. - oznajmiłem. Po czym chwyciłem tarczę i ruszyłem w kierunku drzwi, ale Fury mi zagrodził przejście.
-Nie martw się. - powiedział – Wysłałem moich najlepszych agentów. Na pewno mu pomogą. Poza tym to jest sprawa rodzinna, więc nie sądzę, żeby Thor okazywał litość swojemu bratu, dlatego, że chce porwać jego córkę.
Wszyscy potwierdzili to przytaknięciem głowy.
-Teraz wróćmy do waszych uczniów. - spojrzał na Czarną Wdowę. - Twój podopieczny czeka na ciebie na padoku treningowym.
Natasza tylko się uśmiechnęła, po czym w tajemniczy sposób zniknęła.
-Kapitanie, twoja uczennica znajduję się w Nowy Yorku. - powiedział. - Spakuj się się, bo za godzinę wyjeżdżasz do swojego nowego domu.
Osłupiałem.
Będę miał uczennicę zamiast ucznia. Przecież czego ja będę jej uczył? Jak prawidłowo używać szminki? Myślałem, że Fury sobie ze mnie kpi, ale po jego wyrazie twarzy przekonałem się, że mówi prawdę. Do tego mam się przeprowadzić? Dlaczego? Po co? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi.
Do porządku przywrócił mnie śmiech Starka.
-No to się wpakowałeś! - uśmiechnął się.
Wkurzyłem się. Nie miałem ochoty zbytnio opiekować się pyskatą nastolatką.
Miałem już coś powiedzieć do Tonego, ale wyręczył mnie Fury:
-Ty się tak nie śmiej tylko wracaj do domu. Jutro rano przyleci do ciebie twoja ukochana uczennica. - mina Iron Mana bezcenna. :)

Był późny wieczór na ulicach Nowego Yorku. Księżyc oświetlał swoim srebrzystym kolorem ruchliwe dzielnice. Światła bilbordów, neonowe napisy oraz wielkie telewizory ciągle reklamujące różne produkty. Do tego tłumy turystów, ruchliwe ulice i masa hałasu. Cały Nowy York.
Dokładnie obserwowałam co się tutaj dzieje. Dzisiaj bowiem szajka złodziei miała okraść jeden z większych sklepów jubilerskich na przedmieściach miasta. Od godziny śledzę naszych przyszłych włamywaczy, czy aby na pewno chcą to zrobić. Dlaczego nie mogę tego zostawić policji? Ona byłaby dopiero kilka minut po akcji. Raz nawet zgłosiłam podobnie zaplanowaną kradzież, ale oni mi nie uwierzyli. W sumie się im nie dziwię, bo kto by uwierzył piętnastolatce?
Widziałam każdy ich ruch z dachów budynków mieszkalnych. Byli bardzo blisko miejsca jubilera. Przyśpieszyłam kroku.
Byłam ubrana w czarny podkoszulek, długie czarne spodnie i granatowe vansy. Twarz miałam zakrytą maską podobną do maski Kapitana Ameryki. Kupiłam ją po przecenie w jednym ze sklepów dla dzieci. Za broń służyły mi kije baseballowe, strzelające diabełki, które można kupić na każdym targu oraz pistolety na wodę , które pomalowałam czarną farbą (nie uwierzycie, że ludzie na to się nabierają). Za tarczę służyła mi pokrywa od kosz na śmieci. Jestem chyba najbardziej kreatywną bohaterką.
Kilka minut zajęło im zrabowanie jubilera. Plan był dobrze zaplanowany, bo nie nakręciły ich żadne kamery, a alarmy się nie włączyły. Kiedy już wyszli z budynku, wtedy ja wkroczyłam do akcji.
Udało mi się zejść z dachu oraz budynku nie sprawiając nie robiąc przy tym dużego hałasu. Podkradłam się pod ich furgonetkę i poluźniłam śrubki w kołach ich pojazdu. Gdy mieli już wsiadać, wtedy zaatakowałam jednego goryla uderzając go pałką. Mężczyzna zemdlał od razu. Nie stało się mu nic poważnego, ponieważ nie krwawił, a jedynie stracił przytomność. Kolejnego uderzyłam w ,,słaby punkt” po czym znowu walnęłam kijem, ale dostał tylko w ramię, bo w porę zorientował się co zamierzam zrobić. Przeturlał się do kontenera na śmieci i tam pozostał. Trzeci prawdopodobnie był najbardziej inteligenty i przebiegły z całej szajki, bo unikał wszystkie moje ruchy. Niestety nie przewidział tego, że rzucę pałką w szybę jubilera. Alarm się włączył.
Mężczyzna tak się wkurzył, że dźgnął mnie nożem.
Poczułam jak z okolic brzucha wypływa ciepła krew. Upadłam na kolana. To jednak nie był mój koniec, to był początek. Wyciągnęłam plastikowy pistolet.
-Jeśli nie odłożysz noża to przedziurawię ci twoją męskość. - wyszeptałam. Po czym uśmiechnęłam się triumfalnie.
Nagle nad moją głową przefrunęła wielka, metalowa tarcza. Gdy zobaczyłam do kogo należy to zaniemówiłam. Kilka metrów ode mnie stał mój największy bohater...


Tak długo przez was oczekiwany. Co o nim sądzicie?





środa, 3 czerwca 2015

Rozdział drugi ‚Blondynka z młotem'

Według legendy Miecz Kalirju został wykonany w najciemniejszym miejscu Podziemia przez najbrzydsze potwory jakie Asgardczycy widzieli, a miałem na myśli Drekurów, strasznych stworów o płonących oczodołach, czarnych kłach, które z łatwością przegryzłyby metal. Mają one masywne ciała, palce zakończonymi kilkucentymetrowymi pazurami, gruby ogon, który powaliłby rosłego mężczyznę. Zazwyczaj przepasają sobie biodra grubą skórą. Futro jest koloru węglowego.
Ich panem był olbrzym Surtr,  który chciał zniszczyć cały Asgard, swoim płonącym mieczem zemsty, który był jednocześnie jego atrybutem. Według mitu on ma pokonać boga Freyda i zakończyć Ragnarok, czyli koniec świata. Mój ojciec pokonał go kilkanaście lat temu, ścinając mu głowę Kalrijem, a ostrze rzucił do Podziemia, żeby nikt już nie posiadał tak potężnej mocy.*
Skoro miecz wydostał się z czeluści najgłębszych grot strachu znaczyło to tylko jedno. Przepowiednia zaczęła nabierać sensu:

,,Ostrze z Podziemia wydobyte zostanie, 
Swoje moce Midgarczykowi ukarze.
Potomek to będzie synów wojny.

Mieczem ognistym oddzieli ciało od duszy.
Władce piorunów w proch obróci.
Armię z Podziemia na blask słońca wydobędzie.

Zbudzi się koszmar wszystkich Asgardczyków,
Syn zdradziecki na tronie zasiądzie, 
Ciemnością wszystkie światy otoczy."**

Czyżby moja córka miałaby doprowadzić do końca świata? Przecież ona jest jeszcze dzieckiem, niewinnym, przestraszonym dzieckiem. Nie zna swojej mocy, ani potęgi. Nie wie nawet kim jest.
Przeraża mnie cytaty; ,,Władcę piorunów w proch obróci.". Mam zginąć z rąk z jakiejś tajemniczej mocy?
A może to zrobi to...  Skarciłem się w głowie za takie myślenie.
Skupiałem się tylko na znalezieniu dziewczynki. Problem zaczął się, gdy nie wiedziałem dokładnie, gdzie przebywa moja potomkini. Fury wspominał coś, że uciekła z domu. Niestety nie powiedział mi dokąd zamierza się udać.
Zatrzymałem się na polanie, z której roztaczał się widok na Nowy York. Niedaleko znajdowały się przepiękne łąki, lasy oraz rzeczka, która płynęła sobie spokojnie. Ptaki śpiewały sobie radośnie, stado jeleni się pasło. Od tej strony Midgard wyglądał przepięknie, gdzie nie dominowały żadne zanieczyszczenia. Wyjątkiem były tory, po których poruszał się z niezwykłą szybkością pociąg. Było w tym coś niepokojącego. Wydawało mi się, że widzę tam Drekura...


Zbudził mnie niesamowity smród. Tu nie chodzi o zapach, który towarzyszy zazwyczaj pociągu, czyli mieszanka spalin, spoconych pasażerów oraz swąd skarpetek, które zdecydowanie za długo przebywały w pełnych butach. Ten zapach to było coś w rodzaju eliksiru śmierci, czyli siarka zmieszana ze zgniłymi jajkami, podkoszulkiem Roberta oraz dodano do tego odrobinę zmielonego czosnku. Kompozycja idealna, żeby ożywić umarlaka.
Otworzyłam oczy i przetarłam je. Zorientowałam się, że już dawno przespałam swoją stację i kierowałam się w stronę Filadelfii. Nie wróżyło to nic dobrego. A co jeśli, przejdzie konduktor i sprawdzi bilety. Dowie się, że nie wysiadłam na prawidłowej stacji i będzie chciał mnie zostawić na najbliższej stacji? Lub co gorsza zadzwoni do ojczyma?!
Zaczęłam się rozglądać. W tym wagonie były tylko cztery osoby. Zakochana parka, która na oko miała po osiemnaście lat. Chłopak szeptał coś zawzięcie dziewczynie na ucho, a ona chichotała.
Naprzeciwko mnie siedział wysoki brunet, które kojarzyłam ze szkoły. Chodzi on do równoległej klasy. Jest on bardzo wysoki jak na swój wiek przez co wiem, dlaczego nauczyciel wychowania fizycznego tak go chciał w drużynie koszykarskiej. Miał na sobie ciemne jeansy, koszulę w bordowo-czarną kratkę, oraz czarne conversy. W uszach miał słuchawki. Nie zwracał na mnie uwagi, bo cały czas wpatrzony był w migoczące obiekty za oknem. Chyba ma na imię Ethan, ale dokładnie nie pamiętam.
Najbardziej przerażał mnie mężczyzna po trzydziestce, który cały czas siedział nieruchomo, jakby czekał, kiedy ma skoczyć do ataku. Czułam na sobie jego przeszywający wzrok, chociaż na nosie miał okulary przeciwsłoneczne. Był ubrany w koszulkę z jakimś heavymetalowym zespołem, czarne spodnie i bordowe buty. Wydawało mi się, że to od niego tak capi. Czasami miałam wrażenie, że facetowi płoną oczy.
Uspokoiłam umysł, spoglądając na polanę. Niebo przybrało jasnoróżowo-pomarańczowy kolor. Słońce sobie powoli zachodziło.
Gdy w końcu oderwałam swój wzrok od krajobrazu za oknem, przestraszył mnie ten tajemniczy mężczyzna tym, że siedział naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie tymi swoimi wyłupiastym oczami, a ten smród był tak koszmarny, że zaczęłam łzawić.
- Chodź za mną. - wyszeptał. Po czym chwycił mnie mocno za rękę i chciał wytargać z wagonu. Dosłownie. Ale mu się to nie udało, ponieważ....
- Zostaw dziewczynę. - powiedział spokojnie Ethan. Był wyższy od tego faceta prawie o dwie głowy. Wyglądało to dziwnie, jakby chcieli się wzajemnie pozabijać wzrokiem, patrząc na siebie przez okulary przeciwsłoneczne.
Mężczyzna chyba bardzo się wkurzył, ponieważ ułożył usta w dziwnym grymasie po czym pokazał rząd krzywych, kilkucentymetrowych, czarnych kłów. Jego oddech sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Czy on nie mył zębów od dwóch tysięcy lat?
Zaczął rosnąć, był bardziej umięśniony, barczysty. Urosło mu czarne, gęste futro oraz długi, gruby ogon. Miał po trzy palce, z których wystawały długie, śnieżnobiałe pazury. A najgorsze nyły jego oczy, gdy zdjął okulary. Czarne puste oczodoły,  które po chwili zapaliły się ogniem jakby niby nic.
- Coś mówiłeś chłopaku? - powiedział. Mówił tak, jakby utknął mu gwizdek w przełyku.
Ethan sprawiał wrażenie, jakby cała jego postać nie robiła na nim wrażenia. Podniósł tylko dumnie głowę i stał.
Potwór niecierpliwił się. Podniósł swoją szponę i chciał przeciąć tego nastolatka na pół. Przeraziłam się. Po czy, szybko zezłościłam i położyłam rękę na plecach stwora.Jakaś magiczna , że stwora przeszła po nim wiązka prądu elektrycznego. Po czym czarne bydle upadło na ziemię, a po całym wagonie rozniósł swąd palonej siarki i zapach pieczonego boczku.
Zakochana parka się odwróciła po czym zlustrowała nas wzrokiem i wróciła do wielbienia siebie.
- Dzięki. - wyszeptałam. Tylko na tyle byłam w stanie wydusić. Wiecie nie zawsze w waszej obronie staje przystojny chłopak.
Później wzięłam plecak i udałam się do innego wagonu, zostawiając zdezorientowanego nastolatka z olbrzymim, nieprzytomnym potworem leżącym na podłodze.
Gdy byłam w przejściu pomiędzy wagonami, usłyszałam niepokojący hałas. W drugim wagonie zobaczyłam podobnego gościa w okularach przeciwsłonecznych, który powoli szedł w moim kierunku. Zauważyłam w suficie otwarte okno. Z trudem udało mi się tam wejść, a gdy już byłam na górze uderzył mnie silny powiew wiatru. Szybko zamknęłam klapę okna, żeby nie wpuścić tu tego dziwadła.
Próbowałam wstać, ale nie pozwalało mi to prędkość z jaką poruszał się pociąg. Poruszałam się, więc na czworakach, ale to też nie było dobrym pomysłem. Słyszałam jak potwór prawie wyważył z nawiasów okno. To był najgorszy na jaki mogłam wpaść. Dlaczego nie zostałam z Ethanem?
Wtedy jakby na przywołanie przyleciał we własnej osobie Thor. Jest to bóg piorunów, gromów, błyskawic i tym podobnych. Mieszka on w magicznym świecie zwanym Asgardem. Zawsze ma przy sobie wielki młot.
Gdy go pierwszy raz ujrzałam, czyli jakieś trzy lata, gdy jakiś zły koleś chciał zniszczyć cały świat, zaczynając od Nowego Yorku, to myślałam, że to była blondynka z młotem. Zmyliły mnie jego długie, blond włosy oraz te dziwne legginsowate spodnie.
Z rozmyślenia wyrwał mnie trzask. Znowu powtórka z rozrywki, czyli paskudny potwór. Był dokładnie taki sami jak ten, którego wcześniej poraziłam prądem, ale on miał olbrzymie nietoperze skrzydła, które płonęły. Nagle przede mną nie wiadomo jak pojawił się wysoki mężczyzna z długimi, czarnymi włosami oraz pięknymi brązowymi oczami. Miał na sobie ciemnozielony strój ze żółtymi zdobieniami oraz złota pelerynę. Na głowie nosił dziwny hełm z dwoma masywnymi rogami. W prawej ręce trzymał półtora metrowe berło. Było ono koloru srebrnego, a pomiędzy kolcami mieścił się dziwny kamień, który świecił jasnoniebieskim światłem. W lewej ręce miał miecz z płonącym ostrzem, a w rączce broni widniał śnieżnobiały diament.
Zauważyłam, że Thor zaczął przyśpieszać.
Potwór był coraz bliżej mnie. Dziwnie ubrany gostek wycelował swoje berło w kierunku kreatury, a ono wystrzeliło niebieską wiązką światła prosto w serce zjawy. Po tym koszmarze pozostał tylko złoty pył, który poleciał z wiatrem.
- Nic ci nie jest? - spytał się, uśmiechając się przy tym uprzejmie. Pokiwałam tylko twierdząco głową. Byłam zbyt przestraszona, żeby móc odpowiedzieć. Podał mi nawet dłoń, żeby pomóc mi wstać. Powoli podnosiłam się, gdy mój wybawca dostał w głowę młotem. Odleciał kilka metrów, a za nim już podążał wkurzony Thor. Przez tego blondyna straciłam równowagę i potoczyłam się na krawędź wagonu.
Słońce strasznie nagrzało wagonik. Moje ręce momentalnie przybrały jasnoróżowy kolor. Ugryzłam się w wargę, żeby jakoś znieść ból. Palce zaczęły się powoli zsuwać z powierzchni. Spadłam prawie metr po czym poczułam jak ktoś mnie trzyma za ręce i za wszelką cenę chce mnie wciągnąć do środka. Po nogach przeszedł  mnie wiatr wydobywany z kół maszyny.
Moim wybawcą okazał się Ethan. Drugi raz w ciągu dnia. Dobry jest.
Gdy już byłam w środku i dokładnie się upewniłam się, że mam grunt pod nogami oraz, że nigdzie nie widać podejrzanych gostków z okularami przeciwsłonecznymi, podziękowałam mu.
Oboje jednocześnie obróciliśmy głowy. Ja byłam zbyt zszokowana, do tego spaliłam małego rumieńca. Chłopak zawstydził się i stał się cały czerwony, jakby po raz pierwszy rozmawiał z dziewczyną. Dopiero teraz sobie uświadomiłam jakim karłem jestem przy Ethanie. Wydaję mi się, że on ma dwa metry wzrostu, a ja ledwo sięgam metra sześćdziesiąt pięć. Poza tym on ma takie piękne jasnozielone oczy z ciemnymi zielonymi plamkami. Gdy się patrzy pod słońce to się wydaje, że jego oczy błyszczą.
Tą chwile przerwał Thor, który na wylot przedziurawił wagon. Starsi ludzie zaczęli panikować, a młodzież wyciągnęła komórki, zaczęli pstrykać zdjęcia lub filmować. My natomiast wytrzeźwieliśmy.
- Musimy się, gdzieś schować. - powiedziałam. - Podejrzewam, że Thor nasłał na mnie te dziwne potwory.
Pociągnęłam chłopaka za rękę, ale on się stanął zmuszając mnie, żebym się zatrzymała.
- To niemożliwe. - wzburzył się. - Przecież on jest tym dobrym.
Po chwili zjawiła się wcześniej wymieniona osoba. Nie była pozytywnie nastawiona, ponieważ zbliżała się w naszym kierunku, a nad wagonem pojawiły się gęste chmury...

I jak się wam podoba?



* Legenda jest wymyślona przeze mnie, aczkolwiek olbrzym Surtr pojawia się w mitologi nordyckiej razem z ognistym mieczem w czasie Ragnaroku. Potwory są moim wymysłem, tak samo jak nazwa miecza. Olbrzym Surtr w rzeczywistości sprawił, że nastał koniec świata, a Odyn nigdy go nie pokonał.
** Przepowiednia została napisana przeze mnie na rzecz opowiadania. Nie ma nic wspólnego z żadnym mitem nordyckim.