Gdy byłam mała, moja ciocia często mi mówiła, że jestem bardzo podobna do taty. Wręcz twierdziła, że jestem jego idealną kopią. Ten same blond włosy, które odbijały promienie słoneczne. Miejscami miałam kasztanowe odrosty, które po kilku miesiącach przybierały złotą barwę. Oczy były duże oraz piękne. Błękitne tęczówki, które miały kolor spokojnego morza o wschodzie słońca. Zawsze, gdy się uśmiechałam, twierdziła, że widzi ósmy cud świata. Nosek prosty, mały z ledwie widocznymi piegami, które z wiekiem zniknęły w jakiś tajemniczy sposób. Buzia okrąglutka, dodająca uroku. Uwielbiała mnie szczypać po policzkach, kiedy podjadałam ciastka, chociaż dobrze wiedziałam, że nie mogę ich jeść z powodu mojego uczulenia na cynamon. Nie powodowały u mnie żadnego spuchnięcia skóry, ani wysypki, bo posiadały małe ilości tej przyprawy, ale jakbym zjadła całe pudełko, wtedy pojawiłby się prawdziwy problem. Usta miałam pełne, w kolorze dojrzałej maliny, które pasowały do mojej rumianej cery. To byłam cała ja.
Zmieniło się to dwa lata temu, gdy moja kochana ciocia Diana, odeszła z tego świata z powodu przegranej walki z rakiem trzustki. Ona była dla mnie wszystkim: mamą, przyjaciółką, autorytetem. Zapewniła mi udane dzieciństwo, rodzicielską miłość, szczęśliwe życie...
Lecz to, co teraz przechodzę to istny horror. Wcześniej mieszkałam w schludnym, małym mieszkaniu, w którym mieścił się mój mikroskopijny, ale przytulny pokoik. A nowe mieszkanko było obszerne, ale wszędzie rozchodził się paskudny zapach papierosów, alkoholu z domieszką stęchlizny. Mały schowek pod schodami służy mi za sypialnię. Jest tam stare łóżko, kilka półek oraz żarówka zwisająca ze sufitu. Nie mogłam spać, bo co chwila moja matka kłóciła się z ojczymem lub urządzała huczne imprezy.
Właśnie ... moja mama to starsza siostra cioci Diany. Całkowicie różni się od mojej byłej opiekunki. Jest wulgarna, chodzi wiecznie zła na cały świat, a przede wszystkim wyznała mi po pijaku, że jestem największym błędem w jej życiu i stwierdziła, że była bardzo głupia, gdy przespała się z moim ojcem. Wiecie, słyszeć to z ust własnej matki to jak wbić nóż w plecy.
Wiem, że mieszkałam z moją mamą przez rok, aż w końcu nie wytrzymała ze mną i zostawiła mnie u cioci, a sama wyjechała z jakimś obleśnym typkiem. Przez te wszystkie lata żyłam w przekona, że Diana jest moim rodzicem. Prawda wyszła na jaw, gdy chodziłam do dziewiątej klasy. Matka przyjechała mnie odwiedzić po trzynastu latach, ale to był tylko pretekst, żeby pożyczyć od cioci pieniądze. Dotąd sądziłam, że ciocia Gloria to osoba pracująca, nie mająca czasu. A tu nagle takie Bum, bo ciocia Gloria to moja mama!
Gdy oglądałam zdjęcia rodzinne to zawsze rzucały mi się w oczy fotografie dwóch uśmiechniętych dziewczynek z kasztanowymi kitkami ubranymi w identyczne różowe sukienki. Nigdy bym nie przypuszczała, że jedna z tych uroczych dzieci wyrośnie na taką dziwną osobę. Mama miała czarne, długie włosy, które zawsze miała związane w kucyka. Oczy są koloru brązowego, a w nich nie ma ani krzty radości tylko wieczne zmęczenie życiem. Skórę ma bladą, zęby ma uszkodzone przez nadmierne palenie. Czasami smród alkoholu jest silniejszy niż jej waniliowa perfuma. Do tego za żadne skarby nie chce rzucać palenia, ani alkoholu, ani narkotyków.
Robert jest najbardziej obleśnym typem faceta, jakiegokolwiek widziałam. Ciągle siedzi w tych samych śmierdzących kalesonach oraz ubrudzonym podkoszulku, który kiedyś był biały. Bywa bardzo agresywny. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy kilka razy mnie uderzył, gdy przez przypadek wyłączyłam
mu telewizor, kiedy prawie spał. Później notorycznie zaczął używać wobec mnie przemocy, gdy był pijany i musiał się na kimś wyżyć. W takich sytuacjach zamykałam się w pokoju albo wracałam do domu o późnej porze. Strasznie się go bałam, bo nikt nigdy nie podniósł ręki na mnie. Miałam dużo siniaków, zadrapań, skaleczeń oraz trochę głębszych ran na ciele. Schudłam na wadze, obniżyłam się w nauce, byłam chodzącym kłębkiem nerwów, nie mogłam normalnie funkcjonować. Żyłam w strachu. W strachu, że on kiedyś uderzy mnie tak mocno, że stracę przytomność lub nawet życie. Albo zrobi coś o wiele gorszego.
Mama o niczym nie wie, bo nigdy nie była świadkiem tego aktu przemocy. Poza tym Robert mnie szantażował, że gdyby naszła mnie chęć zdradzenia jego ataków, to powiedział, zastrzeli ją oraz ludzi, którzy wchodzą mu w drogę.
Dlatego też w dniu trzydziestego maja postanowiłam uciec z domu. Miałam wszystko dokładnie zaplanowane. Zamierzałam nocować w starym domku na drzewie na działce cioci. Miałam się tam dostać jadąc pociągiem z Nowego Yorku do małej miejscowości nieopodal. Byłam tam kilka razy w tym miesiącu, żeby zawieść tam ciuchy. Nie chciałam, przecież wzbudzać podejrzeń nastoletniej dziewczyny z wielkimi walizkami.
Miałam sporo oszczędności oraz spadek po cioci. Więc mogłam spokojnie przeżyć wakacje oraz znacznie dłużej. Nie zamierzałam wracać do matki, bo sprawiałam im spory problem, nie chciałam też na nich skarżyć, bo nie wiadomo jakby się to skończyło.
Może to dziwnie zabrzmi, ale gdy byłam mała czasami sprawiałam magiczne wyczyny. Na przykład, gdy zorganizowałam moje ósme urodziny i nadeszła najbardziej oczekiwana chwila - czyli zdmuchniecie świeczek. Wtedy przez przypadek zdmuchnęłam tort na ciocie. Albo wtedy, gdy były organizowane zawody w pływaniu to, gdy weszłam do wody (jako pierwsza) wyłoniły się z niej jakby pioruny. Z wiekiem coraz częściej mi się to zdarza. Ostatnio było to trzy miesiące temu, gdy przez przypadkowo poraziłam prądem Roberta, że trafił do szpitala na miesiąc.
W końcu mogłam się przespać. Marzyłam o tym od dłuższego czasu, ale zdołałam tego uczynić przez stresujący pobyt w tym byłym piekle. Przede mną nowe życie...
Nawet nie zauważyła, kiedy dopadł mnie sen.
- Ja nie posiadam dzieci. - odpowiedziałem pewnie. Po chwili się zawahałem. Nie przypominam sobie, żebym spłodził potomka.
- Siedemnaście lat temu wdałeś się w romans z Glorią Evendly. Kilka tygodni później dowiedzieliśmy się o jej ciąży. Obserwowaliśmy ją przez kilka miesięcy, ale stwierdziliśmy, że dziecko nie może być twoje, ponieważ nie przypominało ciebie. Poza tym potencjalnym kandydatem okazał się Dominic Smith, ponieważ miała z nim romans będąc z Tobą.
- Cóż za podłość! - zezłościłem się.
- Ty nie byłeś lepszy. - Fury podniósł brew. - Zostawiłeś ją bez słowa.
- Czy ty obserwujesz każdy mój ruch?
- Wracając do twojej córki... Przestaliśmy obserwować dom Evendly, gdy twoja pociecha miała kilka miesięcy. Zainteresowaliśmy się nią niecałe trzy miesiące, gdy Robert Francis w jednym wywiadzie twierdził, że jego pasierbica posiada moce władania prądem. Zaczęłyśmy ją obserwować. Nie zauważyliśmy niczego nadzwyczajnego. Oprócz tego, że ten mężczyzna znęcał się nad dziewczynką przemocą fizyczną...
Wkurzyłem się.
Z tego co wiem T.A.R.C.A ma pomagać ludziom, a nie patrzeć na ich cierpienie.
- Dlaczego jej nie pomożecie? - zirytowałem się.
- Wszystko ci wytłumaczę tylko ochłoń. - powiedział poważnie.
Po kilku wdechach byłem opanowany.
- Mów dalej. - rozkazałem.
- Otóż porównaliśmy DNA twoje i Angel...
- Angel to ta dziewczynka? - zaciekawiłem się.
- Tak. Więc - zaczął wyjaśniać poprzedni wątek. - porównaliśmy wasze DNA i wyszło, że jesteście w stu procentach ze sobą spokrewnieni.
Zamilkł. Dał mi czas na przemyślenie.
Ależ o czym mogłem myśleć! Mam córkę! Jestem ojcem. To była pierwsza myśl. Ta radość z tego, że jestem rodzicem... po chwili uświadomiłem sobie, że nie wiem jak wygląda, zaniedbywałem ją przez całe jej życie i nie obroniłem jej przez tym draniem.
- Pokaż mi ją! - sumienie przejęło nade mną władzę. - Przynajmniej jej zdjęcie.
Fury odpalił ten dziwny telewizorek i ukazało mi się fotografia szesnastoletniej dziewczyny. Oczywiście uznałem ją za najpiękniejszą dziewczynę, ponieważ jest moim dzieckiem. Te piękne oczy, złociste włosy oraz nos, który odziedziczyła po Odynie.
- Gdzie ona jest? - spytałem się Nicka. Chciałem jak najszybciej przywalić Robertowi.
- Słuchaj. - zaczął - Mamy też inny problem. Jakieś kilka dni temu coś naruszyło wymiary pomiędzy Ziemią a Asgardem. Ustaliliśmy, że to miecz, który z niezwykłą szybkością porusza się po naszej planecie, jakby ktoś go wzywał jak ty wzywasz ten swój młotek. Musisz uspokoić tą broń, bo ona w końcu kogoś przeszyje. - oznajmił.
- Powiedz mi, gdzie ona jest. - czułem jak budynkiem T.A.R.C.Y pojawiają się burzliwe chmury.
- Dziewczyna uciekła z domu. Ale spokojnie, zaraz... - nie usłyszałem co powiedział, bo zrobiłem w suficie ogromną dziurę oraz poleciałem najszybciej jak mogłem. Ten miecz był bardzo niebezpieczny dla mojej córki...
O innych bohaterach Avengers napisze w kolejnych rozdziałach :)
Yeah! Omg on ma córkę! Będę się tym jarać, to takie sweetaśne i też blondynka oooow. Cudowne, nexta chcę.
OdpowiedzUsuńtaaa po pierwsze pisz czyimi oczami opisujesz historie (nie bedzie trzeba zgadywac) po drugie nie ma T.A.R.C.Y ale jest T.A.R.C.Z.A po trzecie fajny rozdzial
OdpowiedzUsuń